2 tys. budynków do zwrotu. Miasto: "Stoimy pod ścianą"-pisze Małgorzata Zubik

2 tys. budynków do zwrotu. Miasto: "Stoimy pod ścianą"-pisze Małgorzata Zubik


By spoleczni - Posted on 24 marzec 2012

- Dekret Bieruta sprawił, że jesteśmy w sytuacji gorszej niż inne miasta, które też muszą zapewniać dach nad głową mieszkańcom, którzy znaleźli się w trudnym położeniu. To kwadratura koła - mówi Michał Olszewski, zastępca prezydenta Warszawy.
-Małgorzata Zubik: Już ponad 8 tys. mieszkań w budynkach dekretowych miasto przekazało w prywatne ręce. Razem z lokatorami, choć podpisywali oni umowy z gminą albo mieli przydział z tzw. kwaterunku. Właściciele żądają czynszów rynkowych, wypowiadają umowy i chcą eksmisji. Organizacje lokatorskie domagają się, żeby nie traktować lokatorów jak mebli na wyposażeniu kamienicy. Chcą, aby miasto najpierw przydzielało lokatorom mieszkania zamienne, a dopiero potem zwracało opróżnioną nieruchomość dawnym właścicielom. Czy ratusz zacznie realizować ten postulat?

Michał Olszewski, zastępca prezydenta Warszawy odpowiedzialny za politykę mieszkaniową: Miasto nie ma takiego obowiązku, żeby zapewniać w takiej sytuacji mieszkania zamienne. Zapewniamy je jedynie tym, których musimy np. wysiedlić pod budowę dróg albo w sytuacji, gdy jest zagrożenie budowlane i wykwaterowania żąda nadzór budowlany. Poza tym nawet gdyby trzeba było zapewniać mieszkania, te osoby muszą spełniać kryteria dochodowe. Przypominam, że specjalnie dla tej grupy mieszkańców są one podwyższone od 30 do 60 proc. w stosunku do wskaźnika, który obowiązuje osoby czekające na przydział w „zwykłej” kolejce. To ponad 1,6 tys. zł na osobę w rodzinie, a gdy jedynym źródłem utrzymania jest emerytura - ponad 2 tys. zł na osobę. Mimo to i tak wiemy, że nie wszyscy by to kryterium spełnili.
Przecież lokatorzy „dekretowi” mają umowy. Niczym nie zawinili, że znalazł się prywatny właściciel, który kiedyś przed wojną miał na własność kamienicę.

Mamy świadomość, że część lokatorów w prywatnych budynkach rzeczywiście znajduje się w trudnej sytuacji. Niestety, dekret Bieruta nie jest naszym jedynym zmartwieniem. I nie jest prawdą, że nie pomagamy tym osobom.

Owszem, ale ta pomoc objęła do tej pory tylko trochę ponad 200 rodzin. Tylu udało się wynająć od miasta mieszkanie komunalne. A co z resztą?

Pracujemy nad kolejnymi rozwiązaniami. Gdybyśmy jednak przyjęli, że wszyscy lokatorzy z budynków prywatnych otrzymaliby mieszkania od gminy bez względu na wysokość ich dochodów i stan majątkowy, w praktyce oznaczałoby to zaniechanie obowiązków ustawowych: pomocy mieszkaniowej osobom znajdującym się w trudnej sytuacji mieszkaniowej, nie mówiąc nawet o obowiązku dostarczania lokali socjalnych dla osób z wyrokiem eksmisyjnym. Obecnie pani prezydent podjęła indywidualną decyzję, że lokale spółdzielcze, które otrzymujemy jako gmina ze spadków, będą zasiedlane przez lokatorów dekretowych.

A ile takich mieszkań w skali roku miasto otrzymuje? Kilkanaście czy kilkadziesiąt?

Rzeczywiście, jest ich niewiele, kilkanaście, ale każdy taki lokal to realna pomoc dla rodziny.

To zupełnie nie odpowiada skali problemu. Jak miasto realnie może pomóc?

Ta pomoc jest - nawet jeśli wydaje się, że to nie tak wiele. Ale też warto zwrócić uwagę na to, że te 8 tys. rodzin z budynków zreprywatyzowanych to stosunkowo niewielki procent wszystkich lokatorów. Mamy 89 tys. mieszkań komunalnych. Z prośbą o pomoc mieszkaniową zwróciła się do nas tylko część osób z budynków dekretowych. Reszta najwyraźniej sama wie, że nie spełnia kryterium dochodowego.

Pełnię stanowisko od jesieni i nie było ani jednej skargi od osoby, której burmistrz odmówił zakwalifikowania do przydziału w sytuacji, gdy ktoś spełniał te kryteria. Trzeba pamiętać o tym, że gdy w latach 40. czy 50. decyzją administracyjną ówczesne władze przydzielały mieszkania, to wcale nie była to pomoc społeczna. Nie było wtedy ważne to, ile osoba korzystająca z kwaterunku zarabia. I te zamożniejsze osoby dzisiaj radzą sobie same. Najważniejszą sprawą dla nas jest pomaganie osobom najgorzej sytuowanym.

Można by im pomóc bez doprowadzania do eksmisji. Przecież Warszawa ma przepisy, które umożliwiają dzielnicom podpisywanie umów z właścicielami budynków i podnajmowanie mieszkań osobom w zreprywatyzowanych kamienicach. Czy to martwe prawo?

Rzeczywiście dzielnice tego nie robią. Monitorujemy tę sprawę. Wiemy jednak, że burmistrzowie nie podpisują umów, bo właściciele nie są tym zainteresowani. Często właściciel kamienicy po prostu nie chce mieć lokatorów w swoim budynku, bo ma inne plany wobec nieruchomości.

Zwroty dekretowe powodują, że ubywa mieszkań, które miasto mogłoby wynajmować niezamożnym warszawiakom. To duży problem?

Ogromny. Dekret Bieruta sprawił, że jesteśmy w sytuacji gorszej niż inne miasta, które też muszą zapewniać dach nad głową swoim mieszkańcom. Dyrektor biura gospodarki nieruchomościami Marcin Bajko ciągle mnie informuje, że są nowe wnioski dekretowe, że szykują się kolejne zwroty budynków.

Na liście opracowanej przez urząd jest blisko 2 tys. adresów budynków objętych roszczeniami. To kolejne tysiące mieszkań. Co będzie, jak miasto je odda?

Stoimy pod ścianą. To kwadratura koła. Jeden problem polega na tym, że oddajemy budynki, w których mogliby mieszkać niezamożni warszawiacy, czyli tracimy zasób. Na tym jednak nie koniec. Samorząd ciągle dokładał do utrzymania tych budynków, nie zarabiał przecież na czynszach lokatorów. A teraz musimy często płacić odszkodowania właścicielom za to, że oni nie mogli na tych budynkach zarabiać. Ponosimy koszty decyzji, które podejmowało kiedyś państwo. W tej chwili nasz największy problem to wypełnianie obowiązku ustawowego, którym jest dostarczanie lokali socjalnych osobom po wyrokach eksmisyjnych.

W pierwszym rzędzie dzielnice wynajdują takie mieszkania osobom z budynków dekretowych, w ucieczce przed wypłatą odszkodowań. W efekcie nie mają dokąd eksmitować lokatorów z własnych budynków. Rosną więc ich długi.

W Warszawie jest teraz 2,7 tys. rodzin czekających na eksmisję do mieszkań socjalnych. I to jest nasze największe zmartwienie. Pani prezydent spotyka się z burmistrzami i podkreśla, że najważniejsza sprawa teraz to szukanie mieszkań socjalnych. Ich budowa jest nieracjonalna, jedynie Białołęka zdecydowała się na taką inwestycję, ale ta dzielnica akurat ma bardzo niewielki zasób. Inne dzielnice mogą wydzielać lokale socjalne z tego, co mają.

Do uwolnienia czynszów można było jednak przygotować się lepiej. W latach 90. jasne było, że kiedyś właściciele prywatni zaczną zarabiać na wynajmie nawet tych mieszkań, które zajmują ludzie płacący kiedyś tzw. czynsz regulowany. W 2005 r. Trybunał Konstytucyjny uznał, że państwo nie może narzucać w tej kwestii ograniczeń. Kto przespał ten czas na przygotowanie się do nowej sytuacji?

Jest dużo zaniechań po stronie państwa. Rozmawiałem niedawno z moim odpowiednikiem w Paryżu. Tam państwo współfinansuje budownictwo społeczne, wkład samorządu jest ograniczony. W Polsce cały obowiązek spoczywa na samorządzie, zlikwidowano nawet niedawno Krajowy Fundusz Mieszkaniowy, który pozwalał na inwestycję towarzystw budownictwa mieszkaniowego, z ograniczonym czynszem. Mamy dwie spółki TBS, prezesi mają projekty, jednak gdybyśmy je zrealizowali, to czynsz musiałby być wyższy, niż przewidują teraz przepisy. Rząd mówi, że miasta to lokomotywy rozwoju, ale nakłada na nas coraz więcej obowiązków, a nie idą za tym pieniądze. Wieś ma swojego ministra. A miasto? Nie ma, jest tylko jakaś komórka w jednym z ministerstw, a przecież to w miastach jest ogromne nagromadzenie różnych problemów społecznych.

Czy nie boicie się państwo ostrego społecznego konfliktu? Emocje w kwestiach lokatorskich są ogromne. Środowisko potrafi się już zorganizować, wspierają je rozmaite organizacje lewicowe, anarchistyczne.

Tak naprawdę to część tych problemów nas łączy, a nie dzieli, choć często organizacje lokatorskie postrzegają to inaczej.

Czy miasto będzie inwestować w budownictwo komunalne, czy też Bemowo będzie ostatnią dzielnicą, która rozpocznie taką inwestycję?

Mogę odpowiedzieć tak: widzimy taką potrzebę. Gdybym jednak teraz położył na stół projekt budowy mieszkań, padłoby pytanie: skąd na to wziąć pieniądze? Jest kryzys. Nie mamy pieniędzy na nowe budynki. Nie chodzi jednak tylko o kwestię finansowania. Problem jest głębszy: zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych mieszkańców gminy to jak studnia bez dna. Raz wynajęte mieszkanie właściwie nigdy do nas nie wraca. Dlatego tak bardzo zależy nam na tym, żeby Sejm znowelizował ustawę o ochronie praw lokatorów.

O jakie konkretnie zapisy chodzi?

Chodzi o to, żeby nie podpisywać umów na czas nieoznaczony, ale na kilka lat. A gdy umowa dobiega końca, żebyśmy mogli sprawdzić sytuację materialną lokatora. Proszę mi wierzyć, że naprawdę wielu lokatorów jest dziś w dobrej sytuacji finansowej. Gdy zacząłem zajmować się tymi tematami w Warszawie, byłem zdumiony, że tak to działa. Na dodatek prawo najmu dziedziczą dzieci osób, które podpisały umowę, ich wnuki, o ile z nimi mieszkały. Taka możliwość też powinna być zlikwidowana. Co miesiąc piszę w tej sprawie do Ministerstwa Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej. I nic. Warszawa nie poradzi sobie bez zmian w tej ustawie. Tak samo nie poradzimy sobie bez ustawy reprywatyzacyjnej. Z powodu dekretu jedne krzywdy naprawiane są drugimi krzywdami. Nie mogę się z tym pogodzić.

Przecież pani prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz jest wiceszefową Platformy Obywatelskiej, która rządzi w tym kraju. Nie może przekonać kolegów z partii do zmian?

Nie jest tak, że skoro rządzi koalicja, w której jest PO, to możemy robić, co chcemy. Po pierwsze, my jesteśmy samorządem, a te zmiany wymagają większości parlamentarnej. Po drugie, w Sejmie ścierają się bardzo różne interesy, a posłowie są podzieleni, nawet ci z Warszawy. A zmiany są bardzo potrzebne.

Źródło: http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34862,11401576,2_tys__budynkow_do_z...

Etykietowanie