Czy ustawa reprywatyzacyjna nas ocali?

Czy ustawa reprywatyzacyjna nas ocali?


By spoleczni - Posted on 22 październik 2014

Liczba artykułów i programów poświęconych problemowi reprywatyzacji lawinowo rośnie. Niestety, nie łudźmy się, że dzięki temu, my – mieszkańcy, wiemy i rozumiemy coraz więcej.

Poselski projekt ustawy reprywatyzacyjnej 1998 rok.

Rządowy projekt ustawy reprywatyzacyjnej 1999 rok- nie podpisany przez Prezydenta Kwaśniweskiego, dzięki negatywnej opinii p. Kalisza.

Po 8 latach urzędowania projekt ustawy reprywatyzacyjnej przygotowany przez Prezydent m.st.Warszawy 2014 rok. - to projekt, który przeterminowane (wygaszone) roszczenia przywraca i w dodatku je rozszerza. Nasuwa się pytanie dlaczego przywołany i obowiązujący art 6 ustawy z dnia 21 sierpnia 1997 r. o gospodarce nieruchomościami- NIE JEST STOSOWANY? i oddawane są szkoły, boiska, uczelnie, skwery, … . Dyr. Bajko nie wspomina w swoim projekcie o lokalach wykupionych, które NIE stanowią nieodwracalnych skutków prawnych – można się z tym nie zgadzać ale tak brzmi obecne orzecznictwo sadowe, które z czasem może się zmieni.

Docierają do nas tylko fragmenty rzeczywistości, szczególnie mocno przebijają się najbardziej spektakularne i kontrowersyjne wydarzenia: oddawanie szkół, parków, zabytków, czy kamienic czynszowych wraz z lokatorami.

W okresie przedwyborczym ruszyła też kampania na rzecz ustawy reprywatyzacyjnej – rozpoczął ją poseł Andrzej Rozenek, a w piątek, 17 października, włączył się Sebastian Wierzbicki z gotowym projektem SLD. Zdaje się, że patronuje tym działaniom Marcin Bajko, dyrektor Biura Gospodarki Nieruchomościami, który po latach milczenia objawił się opinii publicznej jako osamotniony urzędnik walczący o nasze wspólne dobro, a zupełnie przy okazji o trzecią kadencję dla Hanny Gronkiewicz-Waltz. Mam jednak nadzieję, że my, Warszawiacy, dojrzeliśmy do prawdziwej dyskusji o reprywatyzacji – o wszystkich jej aspektach, a nie tylko o tych najbardziej oczywistych.

Liczę na to, że zamiast w kampanijnej gorączce wspierać dziki pęd kandydatów do przyjęcia ustawy, która nie została poddana publicznej ocenie, a której skutków nikt z lobbujących polityków nie pokazuje, znajdziemy w sobie motywację do szukania skutecznych rozwiązań przeciwdziałania reprywatyzacji. To od nas, świadomych obywateli zależy, czy pozwolimy na ponowne puszczanie nam zgranej płyty pełnej argumentów o dziejowej sprawiedliwości i świętej własności, czy zaczniemy systematycznie rozgryzać temat i dojdziemy do własnych decyzji i wniosków.

Uważam, że potrzebny jest społeczny zespół, który zweryfikuje zasadność roszczeń oraz zajmie się analizą całego procesu reprywatyzacji. Takie rozproszone zespoły już działają, bo po prostu muszą. Może nie widzimy tego jeszcze wyraźnie, ale problem reprywatyzacji to problem całej Warszawy – lokatorów komunalnych, właścicieli mniejszościowych, spółdzielni mieszkaniowych, przedsiębiorców, działkowców, instytucji naukowych, instytucji samorządowych, a i użytkownicy wieczyści nie mogą spać spokojnie – właściwie trudno powiedzieć, czy jest ktoś jeszcze, kogo sprawa nie dotyczy. A dlaczego zespół ma być społeczny? Cóż, po sprawie Jakuba R., z Warszawską Mapą Reprywatyzacji w garści oraz dziesiątkami przypadków zbadanych przez rozmaite organizacje i stowarzyszenia, trudno z nadzieją i wiarą rzucać się w objęcia władz miasta.

Trudno też zrozumieć, jak to się stało, że do tej pory nikt z oburzonych urzędników, nie zadbał o zakwestionowanie zgodności Dekretu Bieruta z konstytucją lub też po prostu o jego wygaszenie?

Zamiast tego doszło do testowania opinii publicznej, czy „przełknie” wypuszczenie drobnej kwoty 600 mln z budżetu państwa na spłatę części zobowiązań „dekretowych”. Organizacje lokatorskie alarmowały wtedy, że koszty reprywatyzacji to nie tylko koszt roszczeń z tytułu utraconych przez prywatnych właścicieli nieruchomości. Zadośćuczynienia mogą przecież oczekiwać tzw. byli lokatorzy komunalni, wierzyciele, którzy kredytowali zwracane nieruchomości, a nawet Stolica
– w związku z utraconym majątkiem komunalnym. Trudno też pominąć pytania o rozliczenie kosztów odbudowy Warszawy ze zniszczeń wojennych (często ze szkodą dla innych miast Polski)

– zarówno tych związanych z pracą społeczną, jak i powszechną, wieloletnią zbiórką funduszy.

Uwagi spotkały się z milczeniem, a na skutki nowelizacji nie trzeba było czekać długo.

W lipcu 2014 pojawiło się niezbyt głośne stanowisko Prezydium PAN i Prezydium KRASP w sprawie udziału budżetu państwa w finansowaniu skutków roszczeń do nieruchomości stanowiących własność uczelni i Polskiej Akademii Nauk. Dowiedzieliśmy się z niego, że „efektem ostatecznych rozstrzygnięć sądowych jest najczęściej konieczność wydania nieruchomości byłym właścicielom lub ich następcom prawnym, a co za tym idzie poszukiwanie lub budowanie nowych siedzib przez jednostki naukowe. (...) Nowym właścicielom przysługuje dodatkowo prawo żądania zapłaty należności z tytułu bezumownego korzystania z nieruchomości. Kwoty do zapłaty z tego tytułu pochodzą nawet do 100% wartości nieruchomości i obciążają dotychczasowych użytkowników”.

Pod tą lakoniczną informacją znalazła się sugestia, że zobowiązania uczelni powinny zostać pokryte z Funduszu Reprywatyzacyjnego – podobnie jak ma to miejsce w przypadku m. st. Warszawy.

Coraz większe zainteresowanie możliwością sięgnięcia do budżetu państwa, zaczyna być zauważalne na każdym poziomie. W tym roku przedstawione zostało sprawozdanie z działalności Prokuratorii Generalnej Skarbu Państwa za 2013, w którym możemy przeczytać o skokowym wzroście liczby pozwów „o zapłatę odszkodowania z tytułu wydania wadliwych decyzji administracyjnych o sprzedaż lokali mieszkalnych w budynkach położonych na gruncie nieruchomości warszawskich, objętych działaniem dekretu z dnia 26 października 1945 r.”. Co jeśli Sąd Najwyższy uzna, że musimy zapłacić za wszystkie sprzedane mieszkania z zasobu komunalnego? Czy powinniśmy zadłużać całe społeczeństwo, żeby sprostać tym oczekiwaniom?

Powiększający się obszar biznesu reprywatyzacyjnego potwierdzają doniesienia ze strony Polskiego Związku Działkowców. W czerwcu tego roku, „dyrektor Bajko stwierdził, że ponad 80 % powierzchni warszawskich ROD jest położona na terenie Dekretu Bieruta, ale także na terenach wywłaszczonych. Jednocześnie potwierdził, że zagrożone są nie tylko ogrody położone w Warszawie na terenie objętym działaniem dekretu Bieruta, ale także ogrody objęte roszczeniami byłych właścicieli nieruchomości domagających się uznania wywłaszczenia ich za bezprawne”.

Bez rozgłosu o uregulowanie kwestii gruntowych walczy wiele warszawskich spółdzielni mieszkaniowych – wystarczy spojrzeć na skład Zespołu ds. regulacji stanów prawnych nieruchomości oraz wspierania i koordynowania inicjatyw spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych, aby uzmysłowić sobie skalę problemu.

Czy patrząc na to wszystko, warto przyklasnąć szybkiemu i nieprzejrzystemu procesowi przyjęcia ustawy reprywatyzacyjnej, czy może jednak tym razem lepiej powiedzieć „sprawdzam”?

autorka tekstu;
Justyna Marciniak, Stowarzyszenie Mieszkańców „Grunt to Warszawa”

Etykietowanie