"Czyściciele", oszuści, Kościół. Jak Poznań, Łódź i Kraków radzą sobie z reprywatyzacją [CYKL "WYBORCZEJ" - cz. 4]

"Czyściciele", oszuści, Kościół. Jak Poznań, Łódź i Kraków radzą sobie z reprywatyzacją [CYKL "WYBORCZEJ" - cz. 4]


By spoleczni - Posted on 18 luty 2015

CYKL "REPRYWATYZACJA: KTO KORZYSTA, A KTO PŁACI". W Poznaniu - bandyckie metody "czyścicieli". W Łodzi - zgłoszenia spadkobierców do wyremontowanych właśnie kamienic. W Krakowie - skutki działalności Komisji Majątkowej
POZNAŃ: "Czyściciele" zrobili swoje. Dom stoi pusty

Kamienica przy ul. Stolarskiej 2 w Poznaniu, przez jakiś czas była najbardziej znaną kamienicą w Polsce. Telewizje pokazywały na żywo lokatorów, którzy zabarykadowali się wewnątrz przed "czyścicielami". Wcześniej odcięto im gaz i wodę, rozbijano ściany, wiercono dziury w sufitach. Wszystko po to, by wymusić wyprowadzkę.

Stolarska stała się symbolem nękania lokatorów i ich oporu. Była też modelowym przykładem obecnej reprywatyzacji.

Kamienica należała przed wojną do Stefanii R., która zginęła w 1944 r. Nie miała dzieci, spadek przeszedł na jej siostry. Ostatnia zmarła w latach 80. Od tamtej pory kamienicą nikt się nie interesował. Jeszcze w PRL-u przeszła pod zarząd państwowy.

Skąd przyszła wiadomość?

Stolarska - jak mówią urzędnicy - to przykład kamienicy o nieuregulowanym stanie prawnym, choć takie określenie jest nieścisłe. W księgach wieczystych bowiem widnieją prawowici właściciele. Tyle że albo nie żyją, albo mieszkają za granicą, a ich spadkobiercy nie są znani.

Jeszcze dziewięć lat temu w Poznaniu było blisko 150 takich budynków. Dzisiaj zostało ich ok. 50. Zarządza nimi Miejskie Przedsiębiorstwo Gospodarki Mieszkaniowej.

W większości to domy o kiepskim standardzie. Nikt nie wykonuje w nich kompleksowych remontów, bo nikomu się to nie opłaca. MPGM nie dostaje na to pieniędzy od miasta. Część lokatorów nie płaci czynszów.

Dla miejskiej spółki wyjściem byłoby pozbycie się zarządu nad tymi kamienicami. W 2006 r. Michał Prymas, kiedy był prezesem MPGM, zapowiedział nawet, że spółka sama będzie szukać właścicieli, by przekazać im budynki. W ciągu kolejnych lat do właścicieli i ich spadkobierców wróciło ponad 100 kamienic. Odnaleźli się sami czy ktoś do nich dotarł? To owiane jest tajemnicą.

Ale jeden z urzędników opowiada nam, że pracownica MPGM, która zajmowała się budynkami o nieuregulowanym stanie prawnym, odnalazła się potem jako... administratorka jednej z takich kamienic.

Podobny trop pojawił się w sprawie kamienicy przy ul. Stolarskiej. Jej spadkobiercy ujawnili się niespodziewanie w 2008 r. Gdy zakończyli sprawy spadkowe w sądzie, nawet nie przyjechali do budynku. Sprzedali go biznesmenom, którzy wynajęli słynnych "czyścicieli" kamienic.

Rozmawiałem z jedną ze spadkobierczyń. Opowiedziała mi, że za pośrednictwem portalu Nasza Klasa skontaktował się z nią mężczyzna podający się za pracownika MPGM. Zapytał, czy jej nieżyjąca babcia była jedną z sióstr Stefanii R., na której urywał się ślad w księdze wieczystej. Kiedy kobieta potwierdziła, miała usłyszeć, że "jest kamienica do wzięcia". Potem sprawy prowadził już jej wujek.

Moja rozmówczyni nie pamiętała, kim był tajemniczy pracownik MPGM. Moja rozmówczyni nie potrafiła (nie chciała?) powiedzieć, czy jej rodzina odwdzięczyła mu się za informację o kamienicy.

Po serii nękań, odcięci od gazu i wody lokatorzy uciekli. Część wynajęła mieszkania na wolnym rynku. Jedna rodzina dostała mieszkanie socjalne, bo miała wyrok eksmisyjny. Gdy kamienica została przejęta, urzędnicy rozłożyli ręce.

Czasem miasto walczy

Maria Wellenger, rzeczniczka MPGM, podkreśla, że spółka nie może odmówić wydania kamienicy, jeśli właściciele lub ich spadkobiercy o to wystąpią. Za każdym razem prosi o opinię prawną urząd miasta. Urzędnicy zwykle nakazują wydanie.

Tak było w przypadku czterech z pięciu kamienic, które przed ponad stu laty kupił w Poznaniu Władysław Mirowski. Po śmierci kamienicznika majątek odziedziczyły żona i pięcioro dzieci. Rodzina od II wojny światowej mieszkała w USA. Własność postanowiła odzyskać sześć lat temu. Udało się to w przypadku budynków mieszkalnych. W ostatniej, piątej kamienicy mieści się jednak szkoła. Miasto nie chce go wydać, walczy w sądzie o zasiedzenie nieruchomości.

Jakie ma szanse? Jak podkreśla Maria Wellenger miastu udaje się w ten sposób skomunalizować pojedyncze porzucone kamienice.

Kilka lat temu miasto chciało tak przejąć zabytkową willę przy ul. Noskowskiego, którą od wojny nikt się nie interesował. Ostatni wpis w księdze wieczystej pochodził z 1935 r. Jako właściciel wskazany był Katolicki Instytut Wychowawczy. Sąd nakazał ustalić, co to za instytut. Miasto wysłało pytanie do kurii, zdradzając, że instytut figuruje w księdze wieczystej jako właściciel willi. Odpowiedzi nie dostało. Do sądu zgłosił się za to Mikołaj Drozdowicz, prawnik kurii. Oświadczył, że instytut, o którym nikt nie słyszał, istnieje, bo nigdy nie został rozwiązany, nie ma tylko wybranych władz. Kuria reaktywowała instytut, powołała prezesa i... odzyskała willę.

Były policjant wkracza do gry

Ale reprywatyzacja obejmuje także kamienice należące do miasta. W tym przypadku nie wystarczy już wniosek o wydanie budynku, potrzebny jest wyrok sądu. Decyzje, na podstawie których właściciele tracili budynki, głównie w pierwszych latach po wojnie, najczęściej były wydawane z naruszeniem prawa. Gdy sąd taką decyzję uchyli, spadkobiercy właścicieli wpisują się do księgi wieczystej i występują o wydanie budynku.

W ostatnich latach głośna była sprawa kamienicy przy Starym Rynku (mieści się w niej znana restauracja Ratuszova). Podczas wojny kamienica została niemal doszczętnie zniszczona. W 1952 r. przejęły ją władze, zakwaterowano w niej lokatorów, potem kamienicą zarządzało miasto.

Spadkobierczynią połowy nieruchomości była Irma G., emerytka z Krakowa, która doprowadziła do uchylenia decyzji wywłaszczeniowej. Zażądała wydania kamienicy i zapłaty za bezumowne korzystanie. Kiedy sprawa się przeciągała, do gry wkroczył Henryk Szlachetka, były policjant, szef Lecha Poznań ds. bezpieczeństwa. Kupił od emerytki jej udziały w kamienicy i prawa do roszczeń wobec miasta. Sprawę w sądzie - chciał ponad 1,6 mln zł - przegrał. Miasto wydało mu jednak kamienicę. Teraz samo domaga się zapłaty 2,3 mln zł za nakłady poniesione na jej odbudowę.

W całym kraju głośna była także sprawa VIII LO na poznańskim Łazarzu. Przed wojną szkołę wybudował tam ks. Czesław Piotrowski. W czasach stalinowskich budynek przejęła Milicja Obywatelska, a potem utworzono w nim liceum. Decyzję o wywłaszczeniu cofnął Andrzej Aumiller, minister budownictwa w rządzie PiS, LPR i Samoobrony. Gdy jego decyzję podtrzymały sądy, kuria zażądała od miasta rynkowego czynszu 1,8 mln zł rocznie. Miasto nie chciało płacić, szkole groziła eksmisja, a w jej obronie demonstrowali uczniowie. W końcu miasto szkołę wyprowadziło i jeszcze zapłaciło 4,5 mln zł za bezumowne zajmowanie budynku. Za kilka miesięcy kuria ma się przenieść do przejętego budynku gimnazjum i liceum katolickiego.

Procesy nie zawsze kończą się wydaniem nieruchomości. Parafia św. Jana Jerozolimskiego za Murami była właścicielem 15 ha nad Jeziorem Maltańskim. Sąd uznał, że nie można ich oddać, bo zostały zagospodarowane (jest tam część kompleksu sportowo-rekreacyjnego Malta i fragment sztucznego jeziora). Na początku roku sąd - jeszcze nieprawomocnie - przyznał parafii 77 mln zł odszkodowania. Zapłacić ma wojewoda.

Co się dzieje z lokatorami

Nie zawsze padają ofiarą bandyckich metod "czyścicieli". Nowi właściciele podnoszą im jednak czynsze tak bardzo, że lokatorzy, często starsi, którzy mieszkania dostawali jeszcze z przydziału, nie są w stanie ich płacić. A stąd już prosta droga do eksmisji. Sąd może przyznać takim osobom mieszkanie socjalne.

Lokatorzy zreprywatyzowanych kamienic, dopóki w nich mieszkają, nie mogą się starać o mieszkania komunalne, bo formalnie mają gdzie mieszkać. Podobnie lokatorzy kamienic o nieuregulowanym stanie prawnym.

Katarzyna Czarnota z Wielkopolskiego Stowarzyszenia Lokatorów: - Nikt nie bada, jaka jest skala reprywatyzacji w Poznaniu, co się dzieje z mieszkańcami. Znamy przypadki, że zostali bezdomnymi. Nie prowadząc statystyk, urzędnicy mogą jednak nadal nie zauważać tego problemu.
Piotr Żytnicki

Łódź może stracić najpiękniejszą kamienicę przy ulicy Piotrkowskiej. Jej ostatni remont kosztował miasto milion złotych. Teraz o odnowiony zabytek upomniała się spadkobierczyni przedwojennych właścicieli. - To plaga, takich spraw mamy 230 - mówią miejscy prawnicy.

Kamienica pod Gutenbergiem (powyżej) jest jednym z najważniejszych łódzkich zabytków. Wzniesiona w 1897 r. wygląda dzisiaj przepięknie, bo cztery lata temu miasto ją odnowiło. Inwestycja warta milion złotych może się okazać prezentem dla Dorothy Newman z USA, spadkobierczyni przedwojennych właścicieli. Jest wnuczką Aleksandra Müllera, który razem z bratem Wacławem kupił kamienicę przed II wojną światową. Uciekli z Polski w 1945 r. Nieruchomość przejął skarb państwa. Przynajmniej tak się do niedawna wydawało. W dokumentacji jednak czegoś brakuje. Nie ma w niej decyzji zatwierdzającej protokół odbiorczo-zdawczy do orzeczenia o nacjonalizacji. Formalnie rzecz biorąc, ten brak oznacza, że do nacjonalizacji nie doszło.

To już drugie podejście Newman do odzyskania kamienicy. Jeszcze w 2008 r. wniosła o stwierdzenie nieważności decyzji o nacjonalizacji. Sprawa skończyła się w sierpniu 2010 r. wyrokiem NSA. Sąd zgodził się z ministrem gospodarki, który wcześniej odmówił rozpatrzenia wniosku o stwierdzenie nieważności nacjonalizacji. Bo skoro nie ma protokołu, to decyzji o nacjonalizacji nie było.

Teraz spadkobierczyni wniosła powództwo, że skarbowi państwa nie przysługuje prawo własności kamienicy. Jej wartość po remoncie magistrat szacuje na 7-9 mln zł.

Miasto remontuje, potem zgłasza się spadkobierca

- Dziś w Łodzi mamy ok. 230 spraw o zwrot bezprawnie zabranego mienia - mówi Lucyna Lenc, szefowa zespołu ds. utrzymania praw do nieruchomości Urzędu Miasta Łodzi.

Marcin Górski, dyrektor wydziału organizacyjno-prawnego w magistracie: - Roszczenia są zgłaszane najczęściej do kamienic, które zostały wyremontowane, bo stają się bardziej atrakcyjne. Wpływają też dokumenty, które są według nas podrabiane lub przerabiane. Są próby wyłudzeń.

Lenc: - Jedną z takich spraw zgłosiliśmy niedawno do prokuratury. Dotyczy kwartału kamienic. Kilka osób przedstawiło wątpliwe dokumenty w postaci testamentów i aktów notarialnych. Pojawiły się wątpliwości, które powinien rozstrzygnąć prokurator. To tylko jeden przykład, jednak skala procederu jest bardzo duża.

Z podobnym problemem magistrat borykał się po otwarciu centrum handlowo-rozrywkowego Manufaktura. O zwrot okolicznych działek upomniało się kilkadziesiąt osób. Powołany przez prokuraturę biegły stwierdził jednak, że w aktach notarialnych, które miały być zawarte jeszcze przed wojną, podpis notariusza został sfałszowany. Miasto zachowało kamienice, lecz do dziś zgłaszają się kolejni "spadkobiercy".
Najgłośniejszym konfliktem między magistratem a spadkobiercą przedwojennych właścicieli jest sprawa Danuty Porter, która upomniała się o pałac Heinzla, dzisiejszą siedzibę magistratu i wojewody (powyżej). Rodzice Porter zostali w 1952 r. wywłaszczeni przez skarb państwa. Po 1989 r. nieruchomość przejął i wyremontował samorząd. Porter upomniała się o nią w 2004 r.

Po kilku miesiącach strony się porozumiały. Miasto odkupiło nieruchomość za niecałe 5 milionów złotych. Wycena pałacu wyniosła 8 milionów, ale odliczono koszty remontów. Na początku lutego 2007 r. udało się podpisać akt notarialny.

Mimo to Porter uznała, że należy się jej jeszcze odszkodowanie za zajmowanie pałacu bez umowy. Wyliczyła, że miesięczny czynsz to 56 tys. zł! Sprawa o odszkodowanie rozpoczęła się w 2008 r., ale kilkanaście miesięcy później nastąpił w niej przełom. I to jaki!

Katarzyna Napiórkowska-Dąbrowska, prawniczka z magistratu, dotarła do dokumentów, z których wynika, że Porter dostała już odszkodowanie za odebranie jej rodzinie pałacu Heinzla. Stało się to na mocy umów z różnymi państwami, m.in. z Anglią, gdzie mieszka Porter. Ich obywatele dostali pieniądze za utratę nieruchomości w naszym kraju. Porter wypłacono odszkodowanie w 1959 r.

Ówczesny prezydent Jerzy Kropiwnicki zawiadomił prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Danutę Porter - wyłudzenia 5 milionów złotych. Sąd umorzył sprawę. Uzasadnienie było zaskakujące: nie można przyjąć, aby 90-letnia Porter skutecznie wprowadziła w błąd grupę miejskich prawników.

Napiórkowska-Dąbrowska walczy teraz w imieniu miasta o kamienicę pod Gutenbergiem.
Aleksandra Hac, Sylwia Witkowska

KRAKÓW: utracone hektary

- Mam wrażenie, że w tym mieście II wojnę światową przeżyli wyłącznie właściciele kamienic - mawia prezydent miasta Krakowa Jacek Majchrowski. W urzędach i sądach toczy się obecnie blisko 400 spraw dotyczących zwrotów nieruchomości w prywatne ręce.

Zazwyczaj przegrywa miasto. Traci kamienice z kwaterunkowymi lokatorami. Nowi właściciele windują czynsze. Potem gmina szuka mieszkań socjalnych dla eksmitowanych - w kolejce do takich lokali jest blisko 3 tys. osób, więc miasto wynajmuje im mieszkania na wolnym rynku. Kosztuje ją to ponad 25 mln zł rocznie.

Niemało kłopotów z miejskimi kamienicami w Krakowie bierze się stąd, że część z nich miasto przejęło na podstawie ocenianego dziś jako moralnie wątpliwy dekretu o opuszczonych i poniemieckich majątkach z 8 marca 1946 r. Dawał on ich posiadaczom 10 lat na zgłoszenie swojego prawa do nieruchomości. Jeśli tego nie zrobili, skarb państwa przejmował je na podstawie "przemilczenia" lub "zasiedzenia". Dekret ten najbardziej dotknął Żydów, do których należała spora część krakowskich kamienic. Z wojny ocaleli tylko nieliczni. Własność zaczęli odzyskiwać dopiero w latach 90.

Według danych magistratu Gmina Wyznaniowa Żydowska złożyła 50 wniosków o zwrot nieruchomości. Do tej pory odzyskała 16 kamienic, w dwóch przypadkach dostała w zamian inne nieruchomości, a za dziewięć obiektów - odszkodowania.

Raj dla oszustów

Za czasów PRL (na mocy 12 układów z państwami zachodnimi) odszkodowania dostawali też emigranci, którzy zostawili w Polsce swoje mienie. Przyjęcie pieniędzy przez konkretne osoby równało się z rezygnacją praw do majątku. Problem w tym, że dziś nie ma pełnej listy osób, które wzięły odszkodowania, ani wykazu budynków, za które zapłacono. W 2000 r. ośmiu pracowników krakowskiego magistratu przeglądało archiwa w piwnicach Ministerstwa Finansów. Sprawdzali adresy, dopasowywali dane osobowe. To trudna praca, bo po wojnie wielu ludzi, zwłaszcza Żydzi, zmienia nazwiska. Na podstawie odnalezionych tam szczątkowych dokumentów z USA Kraków staje się właścicielem 70 kamienic wartych kilkaset milionów złotych! Pytanie, ile niesłusznie traci? Zaginione dokumenty to raj dla oszustów. Wykorzystując brak wiedzy o pobranych odszkodowaniach za kamienice, próbują je ponownie przejąć od miasta. Sytuacja ma miejsce nie tylko w Krakowie, lecz także np. w Łodzi (o czym wyżej).

Kraków vs. Komisja Majątkowa

W ostatnich latach miasto traciło także grunty. Była to szczególna reprywatyzacja - działki przechodziły głównie na rzecz Kościoła, a był to skutek działalności Komisji Majątkowej zajmującej się oddawaniem Kościołowi bezprawnie zabranego mienia w czasach PRL. W ciągu 20 lat działalności miasto straciło na rzecz Kościoła ponad 358 hektarów ziemi - w tym wiele bardzo atrakcyjnych terenów.

Ponieważ decyzje Komisji zapadały niejawnie i nie można było się od nich odwołać, prezydent miasta Jacek Majchrowski jako pierwszy samorządowiec powiedział: "Dość". Walczył o zabrane grunty w sądach i przygotował wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie zgodności działania Komisji z konstytucją. TK nie dopatrzył się nieprawidłowości.

Według magistratu w następstwie kwestionowanych przez prezydenta decyzji Komisji Kraków stracił ok. 30 mln zł. Miasto odetchnęło, gdy w 2011 r. Komisja Majątkowa zakończyła swoją działalność.
Olga Szpunar

Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,87648,17388678,_Czysciciele___oszusci__Kosciol__Jak...

Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,87648,17388678,_Czysciciele___oszusci__Kosciol__Jak...

Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,87648,17388678,_Czysciciele___oszusci__Kosciol__Jak...

Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,87648,17388678,_Czysciciele___oszusci__Kosciol__Jak...