Lokatorom grozi eksmisja, bo miasto nie dba o swoje

Lokatorom grozi eksmisja, bo miasto nie dba o swoje


By spoleczni - Posted on 10 maj 2012

Współwłasność w częściach ułamkowych jest to rodzaj współwłasności, w której każdy ze współwłaścicieli posiada udział, który określa ułamek od całej rzeczy, np. nieruchomości. Każdy może zarządzać swoimi udziałami bez zgody innych współwłaścicieli i korzystać z danej rzeczy w takim zakresie, by dało się to pogodzić z korzystaniem innych współwłaścicieli. - Dlaczego miasto posiadając 4/12 udziałów w nieruchomości nie korzysta z nich zgodnie z tą definicją, tak jak robią to prywatni współwłaściciele? - pyta Janusz Baranek.

Janusz Baranek wraz z rodziną zajmuje lokal komunalny w kamienicy przy ul. Dahlberga 5 od 1959 r. Kłopoty lokatorów rozpoczęły się w grudniu 2006 r., gdy decyzją prezydent Warszawy 8/12 udziałów w nieruchomości zwrócono następcom prawnym dawnych właścicieli, którzy w lutym 2007 r. podnieśli czynsz do 16 zł/m2. W następstwie tego część lokatorów wyprowadziła się, a część postanowiła walczyć, i tak jak Barankowie odmówili płacenia podwyższonego czynszu twierdząc, że mieszkają w części miejskiej. Niestety do dziś nie wiadomo, które lokale należą do miasta, a które do prywatnych współwłaścicieli. Sprawa ciągnie się od pięciu lat, a z tytułu zadłużenia prywatni współwłaściciele grożą rodzinie Baranków eksmisją. - Dlaczego miasto godzi się na przeciąganie sprawy o zniesienie współwłasności i wydzielenie z nieruchomości mieszkań należnych miastu? - pyta Janusz Baranek.
Kamienica przy ul. Dahlberga 5, wybudowana w 1938 r., została skomunalizowana na podstawie dekretu Bieruta i przekazana w zarząd dzielnicy Wola. O roszczeniach do nieruchomości mieszkańcy dowiedzieli się przypadkiem w 1996 r., gdy jeden z lokatorów wystąpił do miasta o uzyskanie tytułu głównego najemcy po zmarłej babci. Wówczas miasto powiedziało, że jest to w tej chwili niemożliwe, gdyż toczy się sprawa sądowa o zwrot nieruchomości spadkobiercom byłej właścicielki. Jesienią 1996 r. lokator został poinformowany, że roszczenia spadkobierców zostały przez sąd odrzucone i może uzyskać tytuł głównego najemcy. W 1999 r. miasto zakwaterowało rodzinę z budynku grożącego zawaleniem w tzw. pustostanie, lokalu po zmarłej w 1997 r. lokatorce, a w 2002 r. kolejna rodzina uzyskała tytuł głównego najemcy po matce. Te fakty wskazywały, że mieszkańcy mogą spać spokojnie, a kamienica nigdy nie zostanie zwrócona spadkobiercom byłej właścicielki. Rzeczywistość pokazała, jak bardzo się mylili.
Podnieśli czynsz bez wiedzy miasta

W 2003 r. pojawił się Marek Mossakowski, który jako pełnomocnik jednej ze spadkobierczyń złożył wniosek do Samorządowego Kolegium Odwoławczego o zmianę decyzji o komunalizacji budynku. Decyzją prezydent Warszawy w grudniu 2006 r. ustanowiono prawo użytkowania wieczystego gruntu zabudowanego o pow. 307 m2, na którym znajduje się kamienica przy ul. Dahlberga 5, na rzecz następców prawnych dawnych właścicieli co do udziału 8/12 części, a pozostałe 4/12 udziałów w nieruchomości jest nadal własnością miasta. 28 lutego 2007 r. Marek Mossakowski, bez wiedzy miasta, podniósł lokatorom czynsz z 2,39 zł za m2 do 16 zł za m2, a w lokalach użytkowych stawka ta podskoczyła nawet do 100 zł za m2. - Jak można było podnosić czynsz, skoro budynkiem oficjalnie nadal zarządzał Zakład Gospodarowania Nieruchomościami Wola? Dlaczego urząd dzielnicy, gdy od mieszkańców dowiedział się o podwyżkach czynszu, nie zareagował? - pyta Janusz Baranek. Zdenerwowany lokator 4 maja 2007 r., korzystając z ustawy o ochronie praw lokatorów, podwyżkę czynszu zaskarżył do sądu. - Z ostrożności procesowej złożyłem do sądu pozew o "ustalenie nieistnienia prawa". Chciałem udowodnić, że następcy prawni dawnych właścicieli nie mieli prawa podnieść stawki czynszu, gdyż moja umowa najmu lokalu z miastem jest nadal wiążąca, a miasto nadal jest współwłaścicielem 4/12 udziałów w tej nieruchomości - tłumaczy pan Janusz. - Przed sądem twierdziłem, że mieszkam w części miejskiej. Na pytanie sądu, skąd to wiem, odpowiedziałem, że proszę wysoki sąd, aby udowodnił mi, że mieszkam w części należącej do prywatnych współwłaścicieli - wspomina Janusz Baranek. Niestety, 11 lutego 2011 r. zapadł wyrok, sąd pierwszej instancji pozew odrzucił.
Przekręty w nieruchomościach

Do dnia dzisiejszego nie zapadła decyzja dekomunalizacyjna i nie zniesiono współwłasności nieruchomości przez podział w naturze, aby wydzielić poszczególne lokale należące do miasta i do prywatnych współwłaścicieli. Jednym z nich jest Marek Mossakowski, który od lat skupuje od przedwojennych właścicieli i ich spadkobierców roszczenia o zwrot dawnej własności. Przedstawiciele Zrzeszenia Nieruchomości w Warszawie twierdzą, że w ten sposób Mossakowski stał się już posiadaczem 60 nieruchomości. Część swoich udziałów, również w przypadku kamienicy przy ul. Dahlberga 5, przekazał swojej matce. O kamieniczniku zrobiło się głośno przy okazji tajemniczej śmierci Jolanty Brzeskiej. Kobieta przez lata toczyła spór z właścicielem o prawo do mieszkania w kamienicy przy ul. Nabielaka 9, na Mokotowie. Jej spalone ciało znaleziono w Lesie Kabackim 1 marca 2011 r.
Niezrealizowany nakaz sądowy

W 2008 r. Marek Mossakowski złożył wniosek do sądu o zniesienie współwłasności tej nieruchomości w ten sposób, że miasto odsprzeda swój udział w dwóch równych częściach prywatnym współwłaścicielom. Sąd pierwszej instancji przychylił się do wniosku i nakazał miastu odsprzedanie prywatnym współwłaścicielom 4/12 udziałów, wyceniając je na ok. 480 tys. zł. Miasto od tego wyroku złożyło odwołanie. Złożoną apelację uzasadniono tym, że sąd pierwszej instancji nie wziął pod uwagę możliwości zniesienia współwłasności poprzez podział w naturze, mimo że pełnomocnik miasta wskazywał taką możliwość. Sąd odwoławczy przychylił się do apelacji, nakazując rozpatrzenie zniesienia współwłasności nieruchomości tylko poprzez podział w naturze, wyodrębniając poszczególne lokale. Powołany przez sąd biegły miał zmierzyć poszczególne lokale i na tej podstawie wykonać nowy plan budynku, ale nie może tego uczynić w lokalach wynajmowanych obecnie przez prywatnych współwłaścicieli. Zarządca nieruchomości Hubert Massalski, wzywany przez sąd do udostępnienia spornych lokali biegłemu, nie odbiera wezwań sądu.
Zadłużyli kamienicę

Hubert Massalski, właściciel zarządzającej budynkiem firmy "Huba", zdaniem Baranków nie zarządza nieruchomością zgodnie z zapisami umowy z 17 grudnia 2007 r. Nie podpisał umów z MPO, RWE i MPWiK na dostawę mediów do budynku i nie przekazuje należności za wywóz śmieci, dostawę energii elektrycznej, dostawę zimnej wody i odbiór ścieków, choć lokatorzy przekazują na konto zarządcy należne kwoty. - Zarządca nie zadbał o czystość budynku, RWE odłączyło licznik na klatce schodowej, długi czas nie było światła, a na strychu powstało cmentarzysko gołębi - wylicza Janusz Baranek. Mieszkańcy ostatecznie sami podpisali umowę z RWE na dostawę energii elektrycznej do oświetlenia klatki schodowej, po tym jak żona Janusza Baranka złamała na schodach nogę. - Dlaczego miasto nie sprawdza, jak ze swoich obowiązków wywiązuje się nowy zarządca? - pyta lokator.
- Przecież umowy najmu w tym budynku są w dalszym ciągu ważne i nie ma podstaw prawnych, by je rozwiązać - stwierdza Baranek. Żąda, aby miasto wreszcie zrealizowało nakaz sądu o zniesieniu współwłasności poprzez fizyczny podział nieruchomości. - W budynku jest dziewięć lokali mieszkalnych i cztery lokale użytkowe. Po podziale miastu przypadłyby trzy lokale mieszkalne oraz jeden użytkowy - wylicza Baranek. - Dlaczego miasto nie dba o swoje interesy i zwleka ze zniesieniem współwłasności nieruchomości, co rozwiązałoby trudną sytuację mieszkaniową długoletnich lokatorów kamienicy? - pyta.
Dzielnica ma związane ręce

Mieszkańcy żyją w ciągłym napięciu, grozi im także eksmisja. Dzielnica od lat próbuje rozwiązać sprawę. Pomoc lokatorom obiecuje też obecna burmistrz Urszula Kierzkowska. Pierwsza sprawa została odroczona do czasu wyjaśnienia kwestii własności. - Sytuacja prawna jest jednak niekorzystna dla lokatorów, gdyż miasto jako mniejszościowy udziałowiec, nie ma możliwości przegłosowania prywatnych właścicieli, a tym samym nie ma wpływu na ich decyzje w kwestii tego budynku - tłumaczy Monika Beuth-Lutyk, rzeczniczka urzędu dzielnicy Wola. Lokatorzy twierdzą, że nie mogą czekać, gdyż prywatni właściciele wystąpili do sądu o wydanie decyzji spłacenia udziałów miasta i przyznanie im prawa do całości nieruchomości. Urząd jednak uspokaja. - Kwota zasądzona tytułem spłaty była zbyt niska w stosunku do wartości udziałów miasta - przypomina rzeczniczka. Sąd przychylił się do tej argumentacji i sprawa jest rozpatrywana ponownie. Niestety, ponieważ miasto nie ma większości udziałów w kamienicy, do czasu zakończenia procesu urzędnicy mają związane ręce. - Zmuszeni jesteśmy czekać na rozstrzygnięcia spraw sądowych, także tej dotyczącej eksmisji - tłumaczy Beuth-Lutyk.
Rodzina Baranków uważa, że zadłużenie było winą przede wszystkim zaniedbania ze strony osób, które w imieniu dzielnicy miały nadzorować zarządzanie tą nieruchomością. Jest w posiadaniu opinii radcy strony miejskiej, która, przynajmniej częściowo, podważa legalność podwyżki narzuconej przez prywatnych właścicieli nieruchomości. Uważa też, że w wyniku zaniedbania nadzoru nad nieruchomością miasto poniosło stratę rzędu 100 tys. zł. Również Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów oczekuje, że samorząd dzielnicy podejmie energiczne i efektywne działanie mające na celu: zachowanie udziału miasta stołecznego Warszawy w budynku przy ul. Dahlberga 5, w taki sposób, aby Barankowie dalej mogli korzystać z najmu na takich zasadach, jak w publicznym zasobie lokalowym. Domagają się też wskazania osób odpowiedzialnych za powstanie tej niejasnej sytuacji, w której miasto, będące właścicielem części budynku, de facto zrzeka się nadzoru nad nim.
Źródło: Gazeta Echo - Anna Przerwa, Aneta Leitner

Etykietowanie