Marek Mossakowski, kolekcjoner. Specjalność: kamienice z lokatorami

Marek Mossakowski, kolekcjoner. Specjalność: kamienice z lokatorami


By spoleczni - Posted on 09 luty 2015

autor; Iwona Szpala, Małgorzata Zubik GW

Odzyskiwanie kamienic z lokatorami to specjalność Marka Mossakowskiego. Spis 51 adresów, do których rości sobie prawa, zatytułował "Moje grunty warszawskie"
Rodzinny obiad Brzeskich przerywa pukanie do drzwi. Na progu stoi Marek Mossakowski z grupą spadkobierców kamienicy przy Nabielaka. Mówią, że dzień wcześniej uzyskali prawo własności budynku. Chodzą po pokojach, wspominają dawne czasy. Mossakowski z fotela patrzy, jak Brzescy jedzą zupę.

Po wojnie z kamienicy została jedna ściana. Odbudowała ją Polska Izba Rzemieślnicza.

Jest kwiecień 2006 r. Kilka dni po wizycie Mossakowskiego kilkunastu lokatorów dowiaduje się, że umów najmu, które podpisywali z miastem, już nie ma. Mossakowski jako pełnomocnik właścicieli domaga się 1,9 tys. zł miesięcznie. Mówi, że to nie czynsz, lecz odszkodowanie, bo lokatorzy mieszkają przy Nabielaka na dziko.

Latem ktoś wystawia pralkę ze wspólnej pralni. Usunięcia pralek domaga się Hubert Massalski, który na zlecenie Mossakowskiego zarządza budynkiem. Przedstawia się jako książę, jest w Związku Szlachty Polskiej. Wezwanej policji wyjaśnia, że pralnia należy do części wspólnych budynku, a tam reguły ustala właściciel.

Mossakowski znów idzie do Brzeskich. Nie wpuszczają, każe wyciąć zawiasy asystującym mu robotnikom. Policjantom tłumaczy, że chciałby wejść do swojego mieszkania. Wyjmuje zaświadczenie o tymczasowym zameldowaniu. Po kilku godzinach rezygnuje.

Z kamienicy wykruszają się kolejni lokatorzy. Brzeska jest ostatnia. Sprawy sądowe, spirala czynszowych długów, wyrok eksmisyjny, komornik zajmuje jej emeryturę, bo nie zgadzała się z rachunkami wystawianymi przez właściciela. Jest nawet termin licytacji jej ruchomości: początek marca 2011 r. Ale 1 marca Jolanta Brzeska przepada bez wieści. Jej spalone zwłoki znaleziono pod Lasem Kabackim. Policja nie wykryła sprawców.

Żegnają ją nie tylko rodzina i przyjaciele. Aktywiści ruchów lokatorskich niosą transparenty: "Kto będzie następny?", "Brońmy się przed eksmisjami i wyzyskiem". Wizerunek Jolanty Brzeskiej pojawia się na reprywatyzowanych kamienicach. Zwykle z hasłem: "Wszystkich nas nie spalicie".

Na mur kamienicy w Śródmieściu trafia inny slogan: "Warszawa jest łatwopalna". Łysiejący mężczyzna z kanistrem w ręku ma twarz Marka Mossakowskiego. Mural szybko znika, antykwariusz grozi prokuraturą. Zdjęcia krążą jednak po internecie.

Przy Nabielaka nie ma już komunalnych lokatorów. Niedawno mieszkanie po Jolancie Brzeskiej wystawiono na sprzedaż. Cena: 960 tys. zł.

Żyła złota

Kamienice z lokatorami to specjalność Marka Mossakowskiego. Spis 51 roszczeń zatytułował "Moje grunty warszawskie". Kilkanaście miasto już uregulowało. Dom przy Nabielaka figurował pod nr. 34.

Warszawa to żyła złota. Tu da się odzyskać praktycznie wszystko, poza drogą publiczną. Bo w stolicy wciąż rządzi dekret Bieruta z 1945 r., na mocy którego państwo przejęło ponad 24 tys. prywatnych nieruchomości. To majątek o wartości 20 mld zł.

Wystarczy dobrze udokumentować roszczenia: nieruchomości dostają krewni przedwojennych właścicieli, ale też ludzie, którzy kupują prawa od spadkobierców zniechęconych żmudnymi procedurami albo niezainteresowanych restytucją.

Mossakowski przyznaje się do paru rodzinnych nieruchomości, ale większość roszczeń kupił. Jest jednym z wielu, którzy z reprywatyzacji zrobili biznes. Biznes legalny, ale przejmowanie Warszawy kawałek po kawałku budzi coraz większe protesty. Gra toczy się o puste działki, ale też o publiczne place, szkolne boiska, ogródki jordanowskie, fragmenty parków, gmachy instytucji rządowych, muzea i budynki z ludźmi.

Mossakowski ma własną metodę. Nie szuka spadkobierców latami, by zgromadzić 100 proc. praw. - Nabiera łyżeczką, powoli - mówią miejscy urzędnicy. "Posiadam roszczenia do nieruchomości warszawskich, ale nabyłem je w większości w dawnych latach, wszelkie te roszczenia nabywane zawsze w udziale i za kwoty od 100 zł do 1 tys. zł (z przewagą transakcji po 100, 200, 300 zł)" - czytamy w jednym z jego pism do sądu.

Jest przed sześćdziesiątką. Z wykształcenia ekonomista, nie prawnik, ale konkurencję przebija doświadczeniem.

Ojciec w latach 80. prowadził jeden z dwóch prywatnych antykwariatów w stolicy. To tam - przy ulicy Piwnej - w końcówce lat 90. Paweł Piskorski przeprowadził transakcję sprzedaży antyków wartych 1 mln zł. Tak przynajmniej twierdzi.

Mossakowski senior zmarł trzy lata po transakcji. Badająca majątek byłego prezydenta Warszawy prokuratura podważa autentyczność podpisu antykwariusza. Zachowała się tylko kopia umowy. Sprawa jest w sądzie. Piskorski miał stworzyć kolekcję, kupując antyki workami na targu staroci. Nie wiedział o niej nikt poza jego matką. Płacił m.in. z kieszonkowego.

Podczas procesu wyjaśniał, że ok. 200 przedmiotów - lampy, świeczniki, zegary, figurki świętych, biała broń oraz perła kolekcji, czyli obraz Olgi Boznańskiej - schowanych było w piwnicy, w pawlaczach, szafach, regałach, pod łóżkami.

Marek Mossakowski nie był świadkiem tej transakcji. Śledczym zeznał: - O umowie dowiedziałem się po śmierci ojca. Znalazłem zapiski, że kupił jakąś kolekcję. (...) Spotkaliśmy się [z Piskorskim] w kawiarni. Potwierdził umowę. (...) Odziedziczyłem po ojcu dzieła sztuki, ale ich ilości i wartości nie pamiętam.

Na prezydenta

Podobnie jak ojciec skupuje antyki. I testuje polskie prawo. Zyskuje opinię tego, który "tworzy precedensy". - Potrafi być ujmujący. Ale nie znosi, kiedy coś idzie nie po jego myśli - mówi osoba z otoczenia Mossakowskiego.

Na początku 2005 r. rejestruje z matką stowarzyszenie Poszkodowani. Ogłoszenia w prasie otwierają im drogę do kontaktów ze spadkobiercami, których mają wspierać w negocjacjach z miastem.

Szybko staje się postrachem lokatorów: po przejęciu nieruchomości podnosi czynsze, straszy eksmisją, opornych podaje do sądu, czego doświadczyli już mieszkańcy Francuskiej, Nabielaka, Otwockiej, Krakowskiego Przedmieścia czy Hożej.

Organizacje broniące lokatorów nazywają go "Kamienicznikiem". On swoją działalność nazywa "przywracaniem prawa". - Przecież ci ludzie mieszkają w atrakcyjnych miejscach, a do tej pory płacili absurdalnie niskie czynsze. Przez to kamienice popadły w długi. Chcę wyższych stawek, ale i tak niższych od rynkowych. Próbuję z nimi negocjować, ale oni nie chcą rozmawiać i iść na ugodę. Dlatego wiele konfliktów kończy się w sądzie - mówił kilka lat temu "Wyborczej".

W 2012 r. staje się bohaterem akcji "Warszawskie kanalie". Portal Centrum Informacji Anarchistycznej tłumaczył, że jej celem było "rozpowszechnienie wizerunków osób gnębiących lokatorów lub w inny sposób działających na szkodę miasta".

W ramach akcji pojawia się hasło: „Mossakowski na prezydenta!”. Skąd ten wybór? „Awangardowa działalność Marka stanowiła iskrę dla powstania szerokiego Ruchu ludzi działających w branży nieruchomości () Ruch Marka stale rośnie w siłę: tysiące kamienic (i dziesiątki skwerów) przechodzą w ręce Ruchu wraz z całymi rodzinami” - pisali autorzy akcji, definiując też dziką prywatyzację, czyli zwroty, których nie reguluje ustawa. To „przejmowanie wyniesionej z wojennych gruzów Warszawy wraz z ludźmi, którzy ją odbudowali, przez osoby i podmioty prawne podające się za spadkobierców z przedwojnia - w naturze lub za pełnym » odszkodowaniem «od miasta”.

Marek Mossakowski, którego lista roszczeń warta jest grube miliony (wysoki rangą urzędnik ratusza daje mu miejsce na podium rynku odzyskiwania dekretowych nieruchomości), żyje skromnie. Przynajmniej tak twierdzi w sądzie. We wniosku o zwolnienie z kosztów postępowania informuje, że odzyskiwane nieruchomości "ze względów rodzinnych i uczuciowych" przepisuje na matkę. Jest najemcą mieszkania komunalnego, jeździ kilkunastoletnim samochodem, a antykwariat przestał być dobrym biznesem. Jego konto w banku zajął komornik. Nie zarabia też 10-hektarowe gospodarstwo, w którym "brak ziemi nadającej się do uprawy, brak sprzętu, środków finansowych, siedliska". Zdarza mu się więc korzystać ze wsparcia finansowego matki.

"Moje grunty"

- Marek Mossakowski? Oczywiście, że pamiętam - mówi Elżbieta Jakubiak, dyrektorka gabinetu prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego. To jego ekipa pierwsza przekonała się o talentach antykwariusza. W 2002 r. dekret Bieruta, który kilka lat później zdemolował Warszawę, interesował nielicznych, po korytarzach stołecznego ratusza krążyli głównie przedwojenni właściciele i kilku adwokatów.

Zaczęło się od "famy na mieście". Jakubiak dostała informację, że w Warszawie pojawił się ktoś nowy, kto skupuje roszczenia, głównie od staruszek, płaci niewygórowane stawki.

- Jak tylko Leszek [Kaczyński] usłyszał, że chodzi o starsze panie, polecił sprawę zbadać, bo panie mogą być wykorzystywane - opowiada Jakubiak. - Zajęliśmy się tematem, ale nie oszukujmy się, wtedy nikt w ratuszu nie miał pojęcia, jak działa rynek handlu roszczeniami. Że np. wystarczy kupić cząstkę praw, by powalczyć o całą kamienicę.

Mossakowski przekracza próg magistratu i kładzie na biurku "Moje grunty warszawskie". Zamierza odzyskiwać wszędzie: przez Ochotę, Wolę, po praską stronę miasta i najdroższe ulice: Nowy Świat, Krakowskie Przedmieście, Chmielną, Mokotowską, Hożą, Wspólną, Marszałkowską, Aleje Jerozolimskie czy Mariensztat. Jest skrupulatny. Na liście zaznacza: "to nieruchomości rodzinne i kupione cesje praw spadków i praw roszczeń". Przy 13 kamienicach pisze: "to sprawy gotowe".

- Był wtedy szczupłym blondynem - wspomina Elżbieta Jakubiak. - Na spotkaniu pozował na arystokratę, rozdawał wizytówki, miałam wrażenie, że uważa nas za prowincjuszy. Robił się na wziętego marszanda, mówił, że jest w tym najlepszy.

Po dokładnym sprawdzeniu zestawienia zrobiło się jeszcze ciekawiej. - Zapamiętałam Pałac Staszica, czyli siedzibę PAN, działkę po pałacu Karasia, wtedy jego roszczenia wydawały się niedorzeczne - mówi Jakubiak. Inne rarytasy to grunt pod budynkiem PKO BP przy Marszałkowskiej, pod hotelem Marriott i numer trzy na liście - Srebrna 16, główna siedziba spółki Srebrna, której współzałożycielem w połowie lat 90. był Jarosław Kaczyński.

- Sprawdzaliśmy drobiazgowo, robił się niecierpliwy. Składał skargi na urzędową opieszałość, wpadał do urzędu bez pukania, krzyczał, że się go szykanuje - mówi Jakubiak. - Wydaje mi się, że za naszych rządów nie dostał niczego z tej swojej listy.

Wtargnął do środka

W 2006 roku władzę przejmuje Hanna Gronkiewicz-Waltz i uznaje, że lepiej dekretowe majątki zwracać, niż opóźniać to, co nieuniknione, narażając budżet na dodatkowe koszty.

W kwietniu 2008 r. Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów pisze list otwarty do pani prezydent: "Jesteśmy lokatorami mieszkań, które wyrokami sądowymi lub w wyniku postępowania administracyjnego zwrócono przedwojennym właścicielom lub ich spadkobiercom i natychmiast odsprzedano wraz z nami. Wielu z nas odbudowywało Warszawę, a dziś stoi na skraju bezdomności. Zostaliśmy potraktowani przedmiotowo i przekazani z rąk do rąk bez informowania nas o tym. Państwo wyraziło zgodę, byśmy byli towarem, i pozwoliło na haniebny handel nami". Bez reakcji.

Lokatorzy idą z pikietą pod należącą do Mossakowskiego galerię sztuki przy Krakowskim Przedmieściu. "Apelujemy do wszystkich: omijajcie to miejsce. Postępowanie jego szefa urąga podstawowym prawom lokatorów i jest przykładem najbezczelniejszej wobec nich agresji".

Antykwariusz przedstawia się nowej ekipie. Miejsce akcji - lokal przy Krakowskim Przedmieściu, pozycja 47. w "Moich gruntach warszawskich". Wcześniej był tu punkt informacji turystycznej. "Pan Mossakowski wtargnął do środka" - relacjonowała "Wyborczej" Małgorzata Mazur, dyrektorka śródmiejskiego Zakładu Gospodarowania Nieruchomościami.

Na wyższym piętrze komunalne mieszkanie ma tam Mossakowski. Kiedy chciał je wykupić, okazało się, że do kamienicy są roszczenia Massalskich. Podpisał więc umowę ze spadkobiercą i obiecał, że przeprowadzi restytucję mienia. Tak poznał księcia Huberta.

Roszczenia są ewidentne, ale urzędnicy chcą kilku milionów za odbudowę domu po wojnie, więc reprywatyzacja nie ma finału. Mossakowski wciąż płaci czynsz miastu.

Milion odszkodowania

Dom przy Hożej 25a to ścisłe centrum, jedna z droższych ulic stolicy. Gromadzenie praw Mossakowski zaczyna od kupna drobnego udziału od spadkobierczyni właścicieli. Potem idzie do jej córki Anieli, płaci 50 zł i zostaje jej pełnomocnikiem.

W 2008 r. wychodzi z ratusza z decyzją o zwrocie. Ale ma problem - to kolejna kamienica pełna czynszowych lokatorów, wynajęte są też lokale użytkowe. Po reprywatyzacji ratusz zostawia ludzi, którym kiedyś przydzielono mieszkania, własnemu losowi. Reguły dyktuje antykwariusz z Piwnej. Oprócz wyższych czynszów chce też pieniędzy od ratusza: blisko 5,2 mln zł za lata korzystania z kamienicy przez miasto.

Dziś to w Warszawie powszechne zjawisko. Beneficjenci stołecznej reprywatyzacji wychodzą z założenia, że miasto czerpało zyski, które trafiałyby do kieszeni prywatnych właścicieli, gdyby nie dekret Bieruta.

"Zapłaty należy dokonać na moje nazwisko i adres podany powyżej przekazem pocztowym w terminie 7 dni" - informuje panią prezydent. Gdy pieniędzy nie dostaje, idzie do sądu. Urzędnicy dowiadują się, że roszczenie do Hożej kosztowało go 50 zł.

Burmistrz Śródmieścia pisze do prokuratury: "Mogło dojść do naruszenia prawa i działania na szkodę skarbu państwa przez uchylenie się od obowiązku podatkowego. (...) Działalność pana Mossakowskiego szkodzi wizerunkowi reprywatyzacji w Warszawie". Prokuratura odmawia śledztwa.

Mossakowski: "Jest wolność zawierania umów. Moja jest ważna i tyle. Czyste roszczenie jest tanie. Bo co ja kupiłem? Nic. Właścicielem budynku będę wtedy, gdy kupię grunt. To będzie konkret, który ma rynkową wartość".

Wyrok opiewa na ponad 1 mln zł odszkodowania za utracone korzyści z Hożej. Sądu nie interesuje, że w latach 40., gdy dekret Bieruta odbierał kamienicę właścicielom, Mossakowski nie miał z nią nic wspólnego.

- Na rozprawie odwoławczej dowodziłam, że umowa kupna roszczeń narusza zasady współżycia społecznego. W ocenie społecznej jest niedopuszczalne, by ktoś, kto kupił coś za 50 zł, otrzymał potem milion czy 5 mln zł - relacjonuje mec. Izabella Korneluk, która broni interesów dzielnicy. - Sąd wezwał panią Anielę. Oświadczyła: "To moje, mogę sprzedawać, za ile chcę, taka jest moja wola". Dodała, że zna pana Mossakowskiego od dawna, że jej pomagał, transakcję uzgodniła z dziećmi.

Miasto przegrywa ponownie. Mecenas Korneluk wnosi o kasację. - Trzeba walczyć do końca - tłumaczy.

Mossakowski finalizuje transakcję, w imieniu swojej matki dopłaca pani Anieli milion złotych. We wrześniu 2012 r. stają się współwłaścicielami kamienicy.

Wysiedlanie komunalnych lokatorów trwało od 2008 do 2013 r. Dziś kamienica przodków pani Anieli zieje pustką. Podobno ma tu powstać hotel.

- Ostatnią lokatorkę wynosili na noszach, mieszkała tu od wojny - mówią sąsiedzi z Hożej 25.

Wisząc nad ziemią

Mieszkają w budynku z lat 60., więc czuli się bezpiecznie. Ale ich dom stoi na tej samej działce co kamienica pani Anieli i Mossakowskiego, a w reprywatyzacyjnej pasji ratusz zwraca też domy, które stanęły już po wojnie. Właściciel ma spłacić budynek.

W 2012 r. Mossakowski dostaje decyzję o zwrocie. Zanim sfinalizuje reprywatyzację aktem notarialnym, już przedstawia się lokatorom.

Puka do drzwi w towarzystwie swojego kierowcy. Otwiera Bolesław Tejkowski - w latach 90. promotor skinheadów, działacz radykalnej prawicy, który kilka razy podchodził do wyborów na prezydenta RP. Mieszka przy Hożej pół wieku. Pyta: - A panowie do kogo? - Ten młody chciał go przesunąć, zaczął się szykować do bicia - opowiada jeden z lokatorów. - Na spotkaniu z nami zaczął basem, swobodnie, że ma już decyzję o zwrocie, "to wasze pisanie nie ma znaczenia, wszystko moje". I dodał, że to na pewno małe, niskie mieszkania.

Podwórko staje się parkingiem. - Nie wolno nam tam nogi postawić - mówią mieszkańcy. Gdy narzekają, Mossakowski przypomina im, że to przez jego kamienicę idą rury ciepłownicze do ich domu. A kiedy wychodzą na balkon, to wiszą nad jego ziemią. Kiedy nie wychodzą, nad jego własnością wiszą same balkony.

Ale lokatorzy nie chcą odpuścić. Drążą temat, gromadzą dokumenty. Dopatrują się tego, czego nie dostrzegli urzędnicy. Zwracając ziemię z blokiem, przekazali Mossakowskiemu pasek przedwojennej ulicy. A ulica, jak to ulica, należała do miasta.

Prokuratura nie jest zainteresowana śledztwem, ale lokatorom sprzyja polityczny kalendarz. Jest wyborczy rok 2014, pod domem konferencje prasowe polityków. Ryszard Kalisz mówi: - Mamy do czynienia z sytuacją skandaliczną, całe budynki oddawane są z lokatorami, jakby nie było tych kilkudziesięciu lat po wprowadzeniu dekretu Bieruta. Tego budynku po prostu nie było, kiedy wprowadzano dekret. Nie został zbudowany przez prywatnych właścicieli. Teraz ma trafić w prywatne ręce.

Urzędnicy przyznają, że się pomylili. Miasto będzie unieważniać własną decyzję. Postępowanie trwa.

Państwo ochrony gołębi

Ulica Dahlberga na liście "Moje grunty warszawskie" ma numer dwa. Kamienica z 1938 r. Janusz Baranek mieszka tu od 55 lat, obecnie z nieprawomocnym wyrokiem eksmisji. Pamięta dokładnie: piątek 5 stycznia 2007 r., godz. 22. - Dzwoni sąsiad i mówi, że ktoś nakleił coś na drzwi. Poszedłem sprawdzić. Budynek zwrócony prywatnym właścicielom, decyzja prawomocna.

Janusz Baranek jeszcze nie wie, że antykwariusz Mossakowski przemebluje mu życie. Że od kartki na drzwiach zacznie dzielić dni na czas spędzony w urzędach, archiwach, na spotkaniach z radnymi, burmistrzami, prezydentami. Że zostanie aktywistą ruchów lokatorskich, w kalendarzu będzie zapisywał daty kolejnych protestów, wezwań na policję i procesów sądowych.

Spotkamy się w redakcji. Baranek opowiada, że zostało tylko trzech lokatorów. On będzie się bronił do końca. Gdy kamienica należała do miasta, płacił 4 zł czynszu za metr. Mossakowski zażądał 16 zł, potem 32 zł. Baranek ma argumenty na odwołanie od wyroku eksmisji: - Dostałem na to mieszkanie nakaz kwaterunkowy, czyli państwową decyzję administracyjną, której nikt nie anulował.

Pytamy, jak się żyje przy Dahlberga. - Bywa trudno. Naprzeciwko mojej rodziny zamieszkał ochroniarz--kierowca Mossakowskiego, który w rozmowie z lokatorami przyjmuje natychmiast pozycję boksera gotowego do walki - opowiada.

Ochroniarz-kierowca lubi się zabawić. - Muzyka dudniła praktycznie non stop, spraszał ludzi na nocne imprezy. Wzywałem policję i straż miejską, ale nikt nie otwierał im drzwi. Raz po ich wyjeździe coś się działo na klatce schodowej. Żona mówi: "Lepiej nie wychodź", ale wyszedłem. Ścianę szaletową sobie zrobili z moich drzwi - opowiada Baranek.

Zapadają dwa wyroki o zakłócanie porządku domowego. - Kierowca Mossakowskiego dostał grzywnę za imprezę i za grilla na klatce schodowej - mówi Baranek. - Grillowali przy wejściu na strych, który przed reprywatyzacją był suszarnią, ale odkąd zarządca kamienicy nie zabezpieczył okienek, stał się gołębnikiem. Gruba warstwa odchodów, pióra, Jakby iskra się dostała, poszlibyśmy z dymem.

Ptaki to jego zdaniem jeden ze sposobów uprzykrzania życia mieszkańcom. Szukali pomocy w sanepidzie. - Usłyszeliśmy, że gołąb miejski jest pod ochroną. Bez decyzji administracyjnej nie wolno go płoszyć, niszczyć lęgowisk. Sam działać nie mogę. Grozi mi kara - opowiada.

Dlatego zamiast przeganiać ptactwo, urządził happening. Pokazał mediom "miejskiego gołębia zagłady". Zrobił to po śmierci ojca, przekonany, że warunki sanitarne znacząco wpłynęły na jego zdrowie.

- Na trawniku leżało kilka gołębich trucheł, wezwaliśmy straż miejską - opowiada. - Tydzień później dzielnicowy pytał, czy aby nie mordowałem tych gołębi. Mam poczucie, że państwo ma machinę do obrony gołębi. O lokatorów tak się nie troszczy.

Rodzinna tradycja

Po mieście krąży opinia, że Marek Mossakowski się uspokoił, nie chce być już bohaterem reprywatyzacyjnych historii. Ale stara się o kolejne punkty ze swojej listy.

Jest w trakcie przejmowania majątku po Fani Ajzensztaldt na Pradze. Ma już małą kamieniczkę, przejmie też dużą, z 80 lokatorami, i kawałek działki szkolnej. Lokatorzy innej praskiej kamienicy przy Otwockiej są już po eksmisjach. Została rudera z zabitymi na głucho oknami. Na swój czas czekają kolejne adresy.

Ustaliłyśmy, że nieruchomościowy biznes Mossakowskich to długa tradycja. Ślad w dokumentach prowadzi do 1942 r. Kilka dni przed akcją likwidacji getta obywatel pochodzenia żydowskiego pojawia się u notariusza. Dokumentów przy sobie nie ma, ale dwóch świadków potwierdza, że to właśnie on. Udziela pełnomocnictwa do zarządzania majątkiem, również po jego śmierci, babce Marka Mossakowskiego. Chodzi o kamienicę przy Jaracza na Powiślu. W grudniu 1945 r. niemal cały udział babka sprzedaje w imieniu właściciela swojemu synowi Zygmuntowi, czyli ojcu Marka. Oświadcza u notariusza, że właściciel nie żyje, ale dostał pieniądze.

Marek Mossakowski nie chce, żeby o nim pisać. - Nie szukacie dobrych relacji, tylko złych - mówi. Spotka się z nami, jeśli będzie mógł przyprowadzić swoich lokatorów, którzy wypowiedzą się o nim ciepło. - To będzie test, czy potraficie coś dobrego napisać.

Napiszemy. Ale chętnie dowiemy się też, jak robi biznes na nieruchomościach. - To nie jest działalność biznesowa - poucza.

- Dobroczynna też nie jest.

- To działalność kolekcjonerska - słyszymy.

O spotkaniu z nami myśli trzy dni. - Nie zdecyduję się na to - mówi.

Etykietowanie