Prób było wiele, żadna nie wyszła. Dlaczego politycy polegli na reprywatyzacji? [CYKL "WYBORCZEJ"]

Prób było wiele, żadna nie wyszła. Dlaczego politycy polegli na reprywatyzacji? [CYKL "WYBORCZEJ"]


By spoleczni - Posted on 18 luty 2015

Od lat toczy się tzw. mała reprywatyzacja - właściciele, spadkobiercy i kupcy roszczeń walczą o zwroty w urzędach i sądach. Końca nie widać. Bo w PRL władze, przekonane o bezkarności, odbierały własność, nie troszcząc się nawet o prawo, które same ustanawiały. W Warszawie wolno było odbierać domy tylko wtedy, gdy dotychczasowe przeznaczenie kolidowało z planami rozbudowy miasta. W praktyce zabrano niemal wszystko. Skutek jest taki, że dziś, formalnie rzecz biorąc, państwo (a po komunalizacji - gminy) nie jest właścicielem wielu nieruchomości i obecna RP, chcąc się mienić państwem prawa, musi je zwrócić.

UW-AWS była blisko

Wydawało się, że reprywatyzację obejmującą wszystkich, którym na mocy komunistycznych dekretów i ustaw zabrano własność, uda się przeprowadzić rządzącej w latach 1997-2001 koalicji UW-AWS. Wcześniej upadło 14 prób rozwiązania problemu reprywatyzacji! Przeforsowana przez UW-AWS w parlamencie ustawa zakładała zwrot mienia lub - gdyby to było niemożliwe - wypłatę rekompensat w bonach, za które byli właściciele i ich spadkobiercy mogliby kupować wyznaczone nieruchomości skarbu państwa i gmin. Roszczenia miałyby być zaspokajane w 50 proc. Jeśli więc ktoś chciałby odzyskać kamienicę, to dostałby tylko pół, pozostałe pół mógłby odkupić.

W 2001 r. Ministerstwo Skarbu szacowało wartość mienia przejętego przez władze PRL na blisko 190 mld zł. Zakładano jednak, że ponieważ jednej trzeciej osób nie uda się udowodnić praw własności, a ci, którzy je udowodnią, dostaną połowę, reprywatyzacja pochłonie ok. 43 mld zł. Na tę kwotę miała się złożyć wartość zwracanych nieruchomości oraz akcji i udziałów prywatyzowanych firm. Stanowiło to ok. 5,7 proc. wartości zewidencjonowanego majątku skarbu państwa. Ustawa nie weszła w życie, bo nie uzyskała akceptacji prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego.

Z roszczeniami do sądu

Kwaśniewski poradził byłym właścicielom, by zwrotu bezprawnie znacjonalizowanych majątków dochodzili w sądach. Kiedy więc właściciele stracili nadzieję na rychłą reprywatyzację, ruszyli do ataku. Ci, którzy są w stanie udowodnić, że mienie zabrano im z pogwałceniem ówczesnego prawa, co np. w stolicy było normą, próbują odzyskać swoją własność na drodze administracyjnej lub sądowej. Inni, którzy nie mają pieniędzy na dobrego adwokata albo czują, że nie starczy im życia na procesowanie się, sprzedają roszczenia wyspecjalizowanym i zaprawionym w bojach z urzędnikami kancelariom prawnym. Te prędzej czy później wyegzekwują w sądach odszkodowania, bo tego typu sprawy się nie przedawniają. Oznacza to, że skala i wysokość wypłat najprawdopodobniej będą rosły. Resorty gospodarki, rolnictwa i infrastruktury są zasypane wnioskami o uchylenie bezprawnych decyzji nacjonalizacyjnych.

Skromne zadośćuczynienie

Na początku 2005 r. lewicowy rząd Marka Belki wniósł do Sejmu projekt ustawy o rekompensatach za przejęte przez państwo nieruchomości oraz inne składniki mienia. Projekt zakładał wypłatę rekompensat pieniężnych w wysokości 15 proc. wartości utraconego mienia tym, którzy je utracili w wyniku dekretów i ustaw nacjonalizacyjnych. Ta operacja - rozłożona na kilka lat - miała kosztować 10-11 mld zł. Nie objęłaby ona natomiast byłych właścicieli w stolicy, bo uznano, że mogą oni dochodzić swoich praw na drodze administracyjnej lub sądowej.

Projekt Belki ugrzązł w podkomisji sejmowej, głównie z powodu wątpliwości natury konstytucyjnej. Jednak kiedy PiS zdobył władzę w państwie, przejął go jako własny - ale ostatecznie nic w tej sprawie nie zrobił. Podobnie jak rządząca od prawie ośmiu lat PO, choć przygotowała własny projekt ustawy o zadośćuczynieniu skutkom prawnym przejęcia przez państwo mienia obywateli w latach 1944-62. Również ten projekt przyznawał skromne zadośćuczynienie w gotówce. Jego wysokość miała zależeć od wartości wszystkich uznanych roszczeń. Rząd deklarował, że w ciągu 15 lat przeznaczy na ten cel 20 mld zł. Ci, którzy są w stanie udowodnić, że mienie zabrano im z pogwałceniem PRL-owskiego prawa, mieliby szansę na odzyskanie całej własności lub stosowną rekompensatę na drodze administracyjnej lub sądowej. Jednak kiedy jesienią 2008 r. wybuchł kryzys finansowy, rząd schował projekt do szuflady.

Warszawa w kłopotach

Na rozwiązaniu problemu zależy dziś przede wszystkim władzom Warszawy i politykom związanym ze stolicą. Wskutek "małej reprywatyzacji" w prywatne ręce trafia coraz więcej kamienic, a także boiska, place zabaw, parki, skwery. Od kilku lat miasto do różnych kosztów reprywatyzacji dolicza coraz wyższe odszkodowania. Od 2003 r. rachunek wobec byłych właścicieli wynosi 855 mln zł.

Próbą częściowego ograniczenia problemów reprywatyzacji warszawskiej jest nowelizacja, którą ostatnio przyjął Senat (pisaliśmy o tym w poniedziałek). W Sejmie są dwa projekty ustaw. Pierwszy powstał w 2012 r. w stołecznym ratuszu z polecenia Hanny Gronkiewicz-Waltz, ale do Sejmu wnieśli ten projekt podczas jesiennej kampanii wyborczej posłowie Twojego Ruchu. Drugi projekt wtedy złożony - praktycznie bez szans na uchwalenie - jest autorstwa SLD.

W projekcie ustawy o uregulowaniu praw do niektórych nieruchomości na terenie miasta stołecznego Warszawy, który firmuje TR, właściciele mogliby liczyć na zwrot nieruchomości, a jeśli to niemożliwe - lub gdyby była to kamienica z lokatorami - na nieruchomość zamienną lub odszkodowanie. Tym zaś, którzy nie złożyli w latach 40. i 50. wniosku o przywrócenie własności, co jest warunkiem upominania się o zwrot, autorzy projektu proponują rekompensatę. Koszty ustawy szacują na 15 mld zł. W tym celu miałby powstać fundusz, do którego trafiałyby pieniądze m.in. ze sprzedaży nieruchomości i z budżetu państwa.

Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,87648,17394323,Prob_bylo_wiele__zadna_nie_wyszla__D...

Etykietowanie