Prof. Ewa Łętowska: Własność nie jest święta [CYKL "WYBORCZEJ"]

Prof. Ewa Łętowska: Własność nie jest święta [CYKL "WYBORCZEJ"]


By spoleczni - Posted on 18 luty 2015

CYKL "REPRYWATYZACJA: KTO KORZYSTA, KTO TRACI". Porządne stosowanie prawa to w Polsce dziko trudna robota. Z prof. Ewą Łętowską rozmawiają Mariusz Jałoszewski i Waldemar Paś
PROF. EWA ŁĘTOWSKA: Własność jest święta? Wolne żarty.

MARIUSZ JAŁOSZEWSKI, WALDEMAR PAŚ: Właśnie opowiadała nam pani o swojej bezradności związanej z niepewnym losem spółdzielni, w której lokalu pani mieszka. Zrewanżowaliśmy się opowieścią o naszej bezradności spowodowanej tym, że kredyty we frankach znacznie przewyższają wartość naszych mieszkań. A spotkaliśmy się, aby porozmawiać o przyczynach bezradności warszawiaków wobec nadużyć reprywatyzacji w stolicy.

- Jesteśmy świadkami opisanego w podręcznikach ekonomii historycznego procesu niejako potransformacyjnie pierwotnej akumulacji kapitału. Dotknęło to mnie, dotyka was, dotyka mieszkańców stolicy.

Na to nakładają się niskie kompetencje, niskie morale przedstawicieli władzy. Interes publiczny przegrywa z interesami partykularnymi.

Prof. Leszek Balcerowicz ma rację w jednej rzeczy - docenia wagę przyzwoitej regulacji prawnej i jej respektowania. Nasze prawo na papierze nie jest złe. Natomiast nie jest wykonywane albo wykonywane opacznie.

Parafrazując słynną wypowiedź byłego ministra spraw wewnętrznych Bartłomieja Sienkiewicza - suma wysiłków nie składa się w całość?

Zabrać źle, oddać jeszcze gorzej - o zabieraniu własności

- Nie znam ministra Sienkiewicza, ale napisałam do niego, prosząc, żeby mi przysłał jakąś swoją publikację z dedykacją. Uważam, że choć może nazbyt jędrnie, to trafnie co do perspektywy podsumował dysfunkcję trapiącą naszą państwowość.

Dlaczego tak się dzieje, pani profesor?

- Bo jako państwo nie mamy za sobą XIX wieku, który na Zachodzie wyprodukował klasę średnią z jej etosem. Nawet jeśli ta klasa odeszła w przeszłość, to zostawiła tam trwały dorobek. I w ludzkich umysłach, i w prawie, i w prawnej kulturze. A my jesteśmy jak bezbronne dzieci: naiwne i rozczarowane - czasem nie bez racji.

Młode pokolenie może powiedzieć: przepraszamy, ale nie będziemy spłacać waszych długów sprzed kilkudziesięciu lat.

- Mogą sobie mówić, ale nikt ich nie pyta o zdanie. Zgodnie z rzymską sentencją: za wszystkie głupstwa królów płacą ich narody.

Czyli należy oddawać jak leci?

- Reprywatyzację trzeba przeprowadzić, ale na miłość boską, nie w takim rozmiarze i nie w ten sposób jak dzisiaj. Jako rzecznik praw obywatelskich od 1988 roku występowałam do władz, aby zająć się sprawą gruntów warszawskich oraz innych roszczeń, w tym kościelnych. Aby zrobić z tym porządek, jakoś usatysfakcjonować byłych właścicieli. Ostrzegałam, że w tym kociołku pływają różne rzeczy.

Stadion Narodowy też chcieli odzyskać: Bierut ciągle żywy

Co wyjąć z tego kociołka, a co zostawić?

- Najpierw ktoś musiałby te roszczenia uporządkować, podzielić je według różnych kategorii. Ustalić priorytety i proporcje. Po drodze popełniono wiele błędów, transformacja została schrzaniona w robocie.

Weźmy odszkodowania za mienie zabużańskie. Padło hasło: trzeba zapłacić za niesprawiedliwości komuny. Nikt nie podnosił tego, że na terenach II RP zagarniętych przez ZSRR ziemię upaństwowiono w chwili wejścia tegoż ZSRR. A więc gdy przesiedleńcy przyjeżdżali do Polski, już nie byli właścicielami. Zgłaszali pretensje o odszkodowanie nie za to, co zostawili na skutek przesiedlenia, tylko za to, co im zabrał Związek Radziecki. A z jakiej racji Polska ma płacić za działanie obcej potencji? Zabrakło nam rozsądku i przezorności i do dziś brakuje. Gdy zmiany w prawie chcemy rozpoznawać bojem, to są zabici.

Ale wy też nie jesteście bez winy.

My?

- Wy, dziennikarze. Teraz prawo, dysfunkcje prawa prawdziwe i mniemane - są dla was wsadem do codziennego przerobu informacji i rozrywki. Im jaskrawiej, tym lepiej. Grzeszycie owczym pędem, brakiem krytycyzmu wobec polityków. Naiwnie słuchacie ekspertów, nie sprawdzając ich bezstronności. Pamiętam, jak radośnie klaskaliście: "Własność! Trzeba zwracać!". Ale z jakiej racji oddawać za własność, którą zabrało państwo radzieckie czy niemieckie? Niech Polska płaci za to, co zabrało jej własne państwo.

Demokracja na tym polega, że ścierają się różne poglądy. Tyle że demokracja teoretycznie powinna umieć oddzielać plewy od ziarna. A potrafimy rozróżnić, gdzie jest "wina" złej legislacji, a gdzie zawiodła interpretacja, stosowanie prawa?

Weźmy dzierżawców i najemców nieruchomości zwracanych Kościołowi jako mienie zastępcze, różnych zabudowań folwarcznych i tak dalej. Tym ludziom nie dano prawa do sądu, choć prawnie im tej drogi nikt nie wyłączył. Ale sądy jak jeden mąż odrzucały pozwy, twierdząc, że w tych przypadkach droga sądowa nie przysługuje. To były ekscesywne wynaturzenia wykładni. Gdyby najemcy i dzierżawcy to zaskarżyli do Strasburga, toby pewno wygrali. Ale przeważnie byli ubodzy, nieświadomi, nikt się nie poskarżył.

Dziś się pytacie o sumienie?

Pytamy, według jakich zasad należy oddawać.

- Należy oddawać nie wedle zasad rządzących odszkodowaniem, bo odszkodowanie zawiera w sobie myśl o pełnej rekompensacie, ale wedle zasad rządzących bezpodstawnym wzbogaceniem. To ostatnie wymaga, aby oddać, o ile jeszcze przedmiot wzbogacenia istnieje w majątku "wzbogaconego". A jak nie, to do widzenia. I "wzbogacony" zwraca tyle tylko, aby szalki ustawić w równowadze. Czyli oddaje tyle, ile wynosi owo bezpodstawne wzbogacenie.

Poza tym trzeba korzystać z tego, co prawo już przewiduje. Jest np. zasada, że przy rozliczeniu między właścicielem i posiadaczem - posiadacz to ten, który włada obecnie, zwykle podmiot publiczny, np. gmina - następuje wzajemne rozliczenie: nakładów na odbudowę, poniesionych kosztów, remontów itd. Zakres rozliczeń zależy od tego, czy posiadacz jest w dobrej czy złej wierze. Jeśli posiadacz działał w dobrej wierze, to właściciel musi oddać to, co posiadacz do tej pory wyłożył. A wtedy ekonomiczny sens oddawania majątku może się stać dyskusyjny.

Znam przypadek byłej właścicielki (obecnie obywatelki Niemiec), która rościła sobie prawa do zwrotu domu, w którym mieszkali już inni lokatorzy, i oni mieszkania wykupili. Rzecz działa się na Śląsku. I sąd rejonowy powiedział: "Cudnie, oddamy, ale ustalimy wzajemne rozliczenia. Zgodnie z art. 222 i następnymi kodeksu cywilnego".

Ale te rozliczenia często się zerują, bo dawni właściciele każą sobie zapłacić czynsz za lata bezpodstawnego najmu.

- Chwileczkę, najpierw, moi drodzy, zajrzyjmy do przepisu. Przeczytam panom. Roszczenia uzupełniające art. 224 kc - samoistny posiadacz w dobrej wierze, czyli np. gmina, nie jest zobowiązany płacić wynagrodzenia za korzystanie z rzeczy i nie jest odpowiedzialny za jej zużycie lub pogorszenie, lub utratę. Jego sytuacja ulega pogorszeniu dopiero od chwili, w której dowiedział się o wytoczeniu przeciwko niemu powództwa. Bo wtedy obowiązany jest oddać pożytki - ale tylko pobrane od tej chwili, jeśli ich nie zużył. To jest dosyć skomplikowane, ale do znalezienia w kodeksie. Niestety zbyt rzadko stosowane.

Pan mi mówi, że dawni właściciele "na pewno" rekompensują to sobie czynszem. Zna pan to pewnie z pism adwokackich?

I wyroków sądów.

- No tak. Porządne stosowanie prawa to w Polsce dziko trudna robota.

Jest w prawie inna zasada: że nie ma pełnych roszczeń odszkodowawczych związanych z tym, co nam zrobiła władza publiczna, jeśli decydowano o tym we wspólnym interesie. Przed wojną, jeśli miał pan krowę, która zachorowała i starostwo kazało ją ubić, to mówiło: damy ci trochę pieniędzy, ale nie pełne odszkodowanie, bo krowę ubiliśmy we wspólnym interesie.

Prawo nie działa na zasadzie białe - czarne, ale proporcjonalnie, pośrodku. Przynajmniej tak powinno być.

Pan zna wyroki kompensujące domniemane straty. Tylko co z tego, że są takie wyroki?

Reprywatyzacja bez spadkobierców: "Sprawa Królewskiej", czyli kurator z Karaibów

To, że jak dobry adwokat coś zgrabnie napisze, to urzędnik czy sąd to przyjmie bez zastanowienia.

- Odwołam się do myśli, którą lansowałam jako RPO: należy oddać to, co zabrano z naruszeniem ówcześnie obowiązującego prawa. Pozostałe wywłaszczenia były wynikiem działania władzy publicznej. Może i ona nie była legitymizowana, ale jeżeli restytucję przeprowadzi pan za szeroko, to popełni nowe niesprawiedliwości. W tej chwili jesteśmy ich świadkami.

Na przykład takich, że wiele magnackich pałaców, teraz odzyskiwanych, wyrosło dzięki niewolniczej pracy chłopów pańszczyźnianych?

- To może za głęboko wchodzimy w historię. Wystarczy tylko sprawdzić, czy pałac nie był zadłużony. Jaka to reprywatyzacja, gdy oddajemy majątki wcześniej oddłużone od przedwojennych zobowiązań na rzecz skarbu państwa?

Już nie chcę się denerwować. Może umrę niedługo i będzie święty spokój.

Przypomnijmy słynny wywiad z Marcinem Bajką, dyrektorem stołecznego biura gospodarki nieruchomościami: "W prawie administracyjnym i cywilnym wszystkie orzeczenia idą w takim kierunku, że pierwszeństwo ma nie społeczeństwo, nie wspólnota, tylko obywatel i prywatny właściciel". Sędziowie uważają, że skoro w reprywatyzacji jest taki bałagan...

- ...to lepiej niech ten indywidualny właściciel ma dobrze, a państwo zapłaci za kamieni kupę. Też czytałam ten wywiad. Hańba. Sądy - mówiąc dyplomatycznie - stosują niestandardowe wyjaśnienia aksjologiczne.

Sędzia Włodzimierz Ryms, wiceprezes NSA, tłumaczy, że taka jest przyjęta linia orzecznictwa tego sądu.

- A zapytaliście, dlaczego i jak orzecznictwo NSA zmieniało się na przestrzeni czasu? Jaka była dynamika tych zmian? Oczywiście oni za każdym razem sprawdzają, czy decyzje wydano zgodnie z prawem. Ale gdy prawo z jakichś powodów jest rozmiękczane - przez zmiany normatywne, przez orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, przez zmienną aksjologię wpływającą na to, jak organy administracyjne rozumieją różne pojęcia i zwroty niedookreślone w prawie - to im się zmienia orzecznictwo sądowe. Nie potrafiłabym z takim ogniem pełnić funkcji RPO, gdybym miała tak aksjologicznie rozmyte orzecznictwo sądowe jak dziś. Za moich czasów mocniej akcentowało konieczność określania rekompensat z tytułu niesprawiedliwości historycznych inaczej niż przez automatyczny "zwrot" albo równowartość mienia, niezależnie od tego, co z nim później się stało i do kogo trafiło. Inny sens miała zasada, że w wypadku nieodwracalnych skutków prawnych nie uchyla się decyzji wadliwych, nieważnych.

Dlaczego sędziowie tak orzekają?

- Starają się zachować spójność w orzecznictwie. Ale ta spójność idzie w kierunku aksjologii gloryfikującej prawo własności i reprywatyzację.

Przychodzą zręczni adwokaci, a sąd nie czuje się w obowiązku, aby reagować.

Na przykład, gdy ktoś za 50 zł sprzedaje handlarzowi roszczeniami prawo do kamienicy wartej miliony. A gdy sąd próbuje dociekać, czy ta umowa nie jest pozorna, wstaje adwokat i mówi: "Ależ Wysoki Sądzie, sąd nie może się wtrącać, przynieśliśmy papiery, dowody, święte prawo własności musi być respektowane"...

- To jest to. Dlatego ja nie mam wzięcia, bo zawsze proponuję to samo: powoli sprzątać tę reprywatyzację. Transformacyjna sprawiedliwość reprywatyzacyjna wymaga więcej trudu i uwagi niż współczesny spór. A sądy mają skłonność do schematyzacji zachowań.

Weźmy słynną sprawę ciągnika, który zlicytowano, choć należał do szwagra dłużnika. To, co zrobił ten asesor komornika, to przestępstwo ubrane w szaty nieistniejącej egzekucji. Co było dalej? Skarga na czynności komornika, sąd ją po miesiącu rozpatrzył, w tym czasie ciągnik sprzedano. A skoro sprzedano, to sąd sprawę umorzył. Skarga na czynności komornika służy do reagowania na dewiację egzekucji podczas jej trwania, czyli wyrok merytorycznie jest w porządku, bo temu rolnikowi służą inne roszczenia. Ale jednocześnie sąd zrobił coś niemądrego. Nie zastanowił się nad tym, że sprawa, która dla niego była egzekucją, w rzeczywistości nią nie była. Tylko przykrywką dla oszustwa.

Ja jako sąd też bym umorzyła, ale napisałabym w uzasadnieniu, że umarzam, bo to nie była egzekucja, tylko przestępstwo. Wtedy ten człowiek poszedłby z tym do prokuratora.

Teraz zapytacie, dlaczego sąd od razu mu nie powiedział, żeby szedł do prokuratury. Nie powiedział z uwagi na zasadę kontradyktoryjności, wedle której sąd ogranicza się do oceny wniosków i dowodów dostarczonych przez strony i nie może pomagać stronom. Sędziowie boją się posądzenia o to, że komuś coś doradzają. Więc milczą. Były próby wytaczania postępowań dyscyplinarnych sądom dlatego, że sąd znad stołu mruknął: "Panie, z tą sprawą tobyś pan poszedł do prokuratury". Wtedy adwokat drugiej strony mówi: "Sędzia stronniczy, bo podpowiada!".

Jeszcze prezes sądu mógłby powiadomić prokuraturę. Ale powtórzcie moje słowa prezesom sądów, to odpowiedzą, że jestem naiwna, jak to profesor.

Czy zasady o bezpodstawnym wzbogaceniu można stosować przy dekrecie Bieruta?

- Moim zdaniem tak. A na pewno sąd nie powinien honorować wątpliwej dokumentacji. Ani sposobu na kuratora. Ani wierzyć, że ktoś sporządził testament w wieku 110 lat...

W PRL było łatwo: Warszawskie przekleństwo Bieruta

Czyli sąd może ingerować w proces?

- Oczywiście.

Weźmy słynny przykład z warszawskiej reprywatyzacji, czyli ustanawianie przez sądy kuratorów na rzecz osób, których miejsce pobytu jest nieznane, a które dziś miałyby np. 130 lat. Nawet dziecko wie, że to niemożliwe, aby ktoś żył tak długo. Ale adwokat mówi: "Proszę Wysokiego Sądu, ta osoba należy do wyjątkowo długowiecznej rodziny. A jeszcze niedawno ktoś ją gdzieś widział, na jakiejś ulicy". Sąd odpowiada: "Panie mecenasie, proszę nie opowiadać rzeczy, które są sprzeczne z notoriami, czyli niebudzącymi wątpliwości faktami, których nie trzeba udowadniać". "A skąd Wysoki Sąd wie, że to są notoria?". I pan mecenas przynosi pięć encyklopedii, z których wynika, że niektórzy przedstawiciele społeczności, np. sefardyjskich, charakteryzują się wybitną długowiecznością.

Jeżeli sąd pozwala wciskać sobie takie banialuki, to później mamy to, co mamy. A pozwala, bo przy próbie sprzeciwu adwokat mówi: "Zaraz, zaraz, Wysoki Sądzie, proszę uzasadnić swój pogląd na piśmie". Wtedy sędzia myśli: "Rany boskie, jak ja mam teraz to napisać...". I zgadza się ustanowić tego kuratora. Bo łatwiej.

Sprawność pisarska, umiejętność przekonującego (także opinię publiczną) skonstruowania wywodu to jest to.

Czy stolicy grozi zapaść z powodu takiej dzikiej reprywatyzacji?

- Nie tylko stolicy, ale też państwu. Zapaść taka jak w Grecji, jeśli dobrze pójdzie. Ja tego nie dożyję. Wy dożyjecie.

Skala roszczeń będzie taka, że się nie wypłacimy?

- Nie chodzi tylko o roszczenia. Będzie postępująca zapaść wymiaru sprawiedliwości. I rosnące niezadowolenie społeczne. Dziś to wszystko jest w mikroskali. Przecież jesteśmy świadkami ustawicznie obniżającego się poziomu zaufania do sądów. Bo mielenie spraw i wymierzanie sprawiedliwości to nie to samo.

Gdy byłam RPO, świadoma problemów i następstw, które teraz się wam tak gorzko odbijają, apelowałam o ostrożność w reprywatyzacji. O inwentaryzację raz na zawsze roszczeń i ich hierarchizację. Płuca wyplułam w rozmowach z Ireną Dziedzic w telewizji, żeby to wytłumaczyć. I wołano, że jestem niedostatecznie uwrażliwiona na świętą własność.

To co robić?

- Niechby sądy przeprowadziły analizę rozchwiania orzecznictwa. No i niech zastosują środki jego ujednolicenia i wyprostowania.

Czyli sądy mogą zmienić linię orzecznictwa?

- Mogą. Choć oczywiście natychmiast podniesie się krzyk, że to nierówność. Ale sądy zawsze mają pewien margines swobody przy decydowaniu in concreto. A jeśli sąd nie wie, to może zapytać Sądu Najwyższego.

I tu dotykamy innej bolączki. Otóż twierdzę, że sądy najwyższe (Sąd Najwyższy i Naczelny Sąd Administracyjny) nie w pełni wykorzystują swoje potencjały, gdy idzie o utrzymanie jednolitości orzecznictwa w Polsce.

Tylko że uchwały NSA są korzystne dla odzyskujących majątki, handlarzy roszczeń.

- Ale nauka je krytykuje...

Tylko nieliczni krytykują, na przykład pani profesor.

- A więc moje gadanie też nic nie da. Jestem już nieco stetryczałą starszą panią, która powtarza w kółko to samo. Tylko dlaczego teraz do mnie przyszliście?

Bo dojrzeliśmy, że trzeba?

- A, wyście dojrzeli.

W II RP też był problem restytucji majątków skonfiskowanych powstańcom styczniowym. Nie zwrócono tych majątków jak leci, były różne ograniczenia, np. zwracano tylko osobom żyjącym.

- Tak. Badałam to jako RPO.

A u nas rozkwitł handel roszczeniami. Czy można go ograniczyć? Czy byłoby to zgodne z konstytucją? Europejską konwencją praw człowieka?

- Byłoby trudno, ale dałoby radę.

Jak tajemniczy kupiec trzyma w szachu stolicę: Mój jest ten kawałek Warszawy

A jak?

- Trzeba by to zrobić starannie. Fachowiec znalazłby słabe punkty, w których można tę Wisełkę zawrócić.

Podobnie rzecz ma się z ekwiwalentnością - zamiennością - roszczeń. Wojna zniszczyła pałac Krasińskich, odbudowano go publicznym sumptem. Teraz przychodzą właściciele i mówią: "Oddaj!". Jeśli koszt odbudowy pałacu jest wyższy od jego wartości, to nie powinni oddawać. A jeśli jest inaczej, oddaj tyle, aby tu i tu było jednakowo. Coś spłać, wypuść obligacje, zastosuj wieloletnie preferencje. Jestem przekonana, że przy takim nastawieniu i przywołaniu wielu instrumentów w Strasburgu by to kupili. Nie są ślepi i głusi na trudności sprawiedliwości transformacyjnej. Ale nie chcą tolerować bezczynności i oportunizmu.

Tylko powtarzam: to powinno być ładnie, porządnie napisane, ze znajomością rzeczy i standardów Strasburga. I tak samo ładnie i porządnie przetłumaczone na angielski.

Czyli miasto powinno wypuścić obligacje i tak spłacić te roszczenia?

- Nie wiem, co powinno zrobić miasto, mówię, co można zrobić. Przy czym, zaznaczam, trudniej się leczy stany skrzepłe niż stany ciekłe. Po 25 latach mamy niestety skrzepy.

Jeśli chcemy naprawić sytuację - a wierzę, że jeszcze możemy - to niezależnie od rozwiązań legislacyjnych, które są polityką, trzeba jednocześnie wziąć się do porządnego stosowania prawa. Po trochu, po kawałku naprawiać praktykę. To później się musi samo poskładać, inaczej nie da rady. Łatwo nie będzie, bo nieraz podniesie się krzyk mediów i adwokatów. Gdyby chociaż sędziowie mieli większe kapelusze... I trochę mniej aksjologicznej niechęci do interesu społecznego jako rzekomego dziedzictwa po komunie.

A czy mogliby kierować doświadczeniem życiowym?

- Moim zdaniem tak. Niestety, u nas panuje kult dosłowności. Sędziowie w NSA orzekają o zgodności z prawem, czyli z podstawą prawną decyzji. Jeżeli coś nie jest napisane, to znaczy, że tego nie ma. Odpowiadam: tego nie ma w tekście, ale to wynika z ogólnego celu regulacji, z podstaw systemu prawa. Trzeba umieć przeprowadzić wykładnię systemową czy funkcjonalną. One, i tylko one, umożliwiają ocenę prawa jako złożonego mechanizmu, który ma działać, a nie tylko tekstu. Rozmawiamy w tej chwili o błędach prawoznawczych, czyli błędach w posługiwaniu się prawem, rozumienia prawa. Mamy do czynienia z brakami w umiejętności korzystania z wykształcenia.

Źle kształcono prawników na uniwersytetach? Na aplikacjach?

- I tu, i tu. W tle jest też kwestia aksjologii - święta własność - i braki w umiejętności pisania, o czym już mówiłam.

To się ujawniło w czasie transformacji, bo życie stało się trudniejsze, a ludzie stali się bardziej chciwi. Nadeszła fala roszczeń rewindykacyjnych. Jak tego jest tak dużo, to sądy zalane sprawami mówią: "Zmiłujcie się, dajcie nam święty spokój". I różni usłużni osobnicy, w tym prawnicy, przynoszą gotowca. Sąd już nie analizuje, tylko myśli: "O, mam gotowe uzasadnienie wyroku, kopiuj, wklej".

Ale trzeba też podkreślić, że niezawisłość sędziowska wymaga pewnego komfortu. Nie można ustawicznie rozliczać z orzekania. Całe środowisko sędziowskie jest w tej chwili obolałe. Przyjmują jako niesprawiedliwość to, co ich spotyka, płacąc za błędy i opieszałość ustawodawcy, hałaśliwie wyrażane, często populistyczne oczekiwania mediów czy złą organizację pracy owocującą zalewem spraw.

My bolejemy nad kondycją tego środowiska. Zwłaszcza nad tym, że młodzi prawnicy wchodzą w buty starszych kolegów. Dlaczego nie bronią swojego zdania?

- Bo pójście wbrew utartym schematom działania, myślenia jest bardzo trudne.

Opowiem to na przykładzie moich rozterek. W 1999 r. zostałam sędzią w NSA, orzekałam w cłach. Była taka metoda oszustw celnych "na słupa": ktoś wynajmował przewoźnika, który brał towar i wiózł do składu celnego. Skład był lipny, towar znikał. Przewoźnik był jedynym łącznikiem z towarem. Gdyby celnicy się trochę wysilili, to pewnie znaleźliby importera, ale wygodniej było złapać tego biednego kierowcę. Widzę, że na tego przewoźnika zwalono winę. Ale co robić, skoro w przepisie stoi jak wół, że przewoźnik też odpowiada? Wyrok zapadł. Po tygodniu identyczny, toczka w toczkę ten sam przekręt. Myślę sobie: "Wiem, jak to zrobić. Można głębiej poszukać, pociągnąć kontrolę, nie tylko do tej decyzji, tylko jeszcze do decyzji poprzedzającej i gdy to razem połączyć z pewną teorią z niemieckiego prawa, o której gdzieś przeczytałam, to razem jakoś wyszedłby pretekst do uchylenia kontrolowanej decyzji celnej".

Czy umiałabym to uzasadnić pisemnie? Tak. Ale po chwili pojawia się wątpliwość. W zeszłym tygodniu w podobnej sprawie zapadł inny wyrok. Pojawia się pokusa: może dla świętego spokoju i spójności w orzecznictwie lepiej przemilczeć? Nie podkładać się? Niestety, sądy tej pokusie ulegają. Bo trudno i trochę przykro jest napisać w uzasadnieniu, że sąd w podobnej sprawie wcześniej nie wykazał się intelektualną inwencją.

I dlatego tak trudno zmienić orzecznictwo w sprawie reprywatyzacji? Bo to niewielkie środowisko, sędziowie widzą te same twarze, a orzecznictwo jest utarte?

- Tak. Ale jeśli chcą coś zmienić, to muszą napisać...

A przeciwko sobie mają wielki biznes.

- Muszą umieć o tym zapomnieć i umieć napisać. Bo nad sobą mają coś jeszcze większego: własną odpowiedzialność pod gwiaździstym niebem sprawiedliwości.

Prof. Ewa Łętowska, sędzia w stanie spoczynku, cywilistka, członek Polskiej Akademii Nauk, Polskiej Akademii Umiejętności i Komitetu Helsińskiego. Pierwszy rzecznik praw obywatelskich (lata 1988-92), później sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego i Trybunału Konstytucyjnego.

JAK NAPRAWIĆ REPRYWATYZACJĘ
Piszemy o reprywatyzacji, ponieważ właśnie teraz piętrzą się powodowane nią problemy. W Polsce nie ma wciąż ustawy reprywatyzacyjnej, która ustalałaby jasne reguły zadośćuczynienia za zabrane w PRL-u nieruchomości i chroniła przed nowymi krzywdami lokatorów kamienic i tereny publiczne.
Apelujemy, by politycy w tym roku, kiedy są dwie kampanie wyborcze, zajęli się reprywatyzacją.
W naszym cyklu opisujemy, w jaki sposób dziś dokonuje się przejmowanie nieruchomości i jakie są tego skutki. Szukamy odpowiedzi na pytanie jak teraz naprawiać krzywdy tym, którym w PRL-u odebrano własność, aby nie powodowało to kolejnych krzywd?
Czekamy na listy: listy@wyborcza.pl
ODCINEK 1.: Marek Mossakowski, kolekcjoner. Specjalność: kamienice z lokatorami
Komentarz Wojciecha Tymowskiego: Siedem grzechów głównych reprywatyzacji
ODCINEK 2.: Dlaczego mamy płacić za dawne krzywdy? Rozmowa z Włodzimierzem Rymsem, wiceprezesem NSA
Senat cywilizuje reprywatyzację. Początek końca patologii?
ODCINEK 3.: Warszawiacy: nasze miasto roszczeniami podzielone
Rzecznik praw obywatelskich: teraz jest czas na ustawę reprywatyzacyjną
ODCINEK 4.: Reprywatyzacja w Poznaniu, Łodzi i Krakowie
List: Ja, krwiopijca. "Czyściciele" to mniejszość, większość spadkobierców jest niezamożna
ODCINEK 5.: Minister Łaszkiewicz: Nic nie zatrzyma lawiny zwrotów i odszkodowań
Prób było wiele, żadna nie wyszła. Dlaczego politycy polegli na reprywatyzacji?
Marcin Zamoyski odzyskał hektar Ogrodu Saskiego w Warszawie. "Wynajmę teren Wietnamczykom, żeby handlowali z łóżek polowych"
ODCINEK 6.: Postulaty "Wyborczej" w sprawie reprywatyzacji
ODCINEK 7.: Rozmowa z senatorem warszawsko-praskim Markiem Borowskim: Uciąć złe prawo i działania cwaniaków

cały tekst -http://wyborcza.pl/magazyn/1,143551,17405654,Prof__Ewa_Letowska__Wlasnosc_nie_jest_swieta__CYKL.html

Etykietowanie