ROSZCZENIA DO WYCZERPANIA

ROSZCZENIA DO WYCZERPANIA


By spoleczni - Posted on 23 kwiecień 2012

Płacić za odebraną własność? "Na plac Defilad nas stać"
Pozbycie się tych roszczeń, które same nie znikną, byłoby nowym otwarciem centrum. O ile załatwienie problemu dekretu w skali miasta jest finansowo niemożliwe, o tyle na plac Defilad naprawdę miasto stać - twierdzi Tomasz Podlejski

Platforma w 2008 r. też reprywatyzację obiecywała, dla Warszawy był projekt, któremu patronowała Hanna Gronkiewicz-Waltz.

- To był moment. Dziś płynie taki przekaz od polityków: "Na reprywatyzację nie ma klimatu".
"... Jedyna szansa dla reprywatyzacji minęła w 1999 r. wraz z wetem prezydenta Kwaśniewskiego wobec bardzo umiarkowanej dla budżetu ustawy autorstwa rządu AWS. To był kolosalny błąd tego polityka."

"Gazeta": Zapytam o poprzednią siedzibę Kolegium.

Tomasz Podlejski, prezes samorządowego kolegium odwoławczego: Czyli jak najbardziej w temacie dekretu.

Owszem, bo wprowadziliście się do objętego roszczeniami Pałacu Błękitnego, który w 2001 r. miasto zwróciło z wami w środku i to nawet nie dawnemu właścicielowi, ale kupcowi roszczeń. Cała ta sytuacja była zresztą powodem dowcipów.

- Pałac przy Senatorskiej stawał się naszą siedzibą w 1998 r., do zwrotu było wtedy ho, ho. Gdy budynek odzyskał pan Hubert Gierowski, inwestor giełdowy, liczyliśmy się z tym, że kiedyś do nas przyjdzie. I przyszedł, mogliśmy zostać, ale za kilkakrotnie wyższy czynsz.

A teraz na Starym Mokotowie już jesteście od roszczeń bezpieczni?

- Jesteśmy w granicach dekretowych Warszawy. To, że o roszczeniach do naszej siedziby nie wiem, nic nie znaczy. Bo my tu rozmawiamy, a w biurze podawczym Kolegium ktoś składa pismo: "Wnoszę o unieważnienie decyzji prezydium rady narodowej na podstawie, której odmówiono mi prawa własności czasowej do gruntu Kielecka 44", tu dawny hip [numer przedwojennej hipoteki] i procedujemy.

Urzędnicy ratusza alarmują, że od mniej więcej trzech lat rośnie liczba osób, które próbują odzyskać odebrane majątki.

- Nie uważam, by aktywność dekretowa w Warszawie rosła.

A co pan powie o sytuacji na pl. Defilad, gdzie przez 1,5 roku zgłosiło się kilkunastu nowych spadkobierców?

- Mówię z perspektywy Kolegium, u nas nic wyjątkowego się nie dzieje. Niepokój urzędników ratusza może mieć inny powód. Po prostu i w Kolegium, i w ministerstwach, i w sądach przetoczyły się już postępowania o unieważnienie decyzji łamiących prawo. Ratusz dostaje odczynione, odnowione wnioski dekretowe, nie ma się gdzie odwoływać, musi prowadzić postępowanie i w efekcie często zwracać. Nie mówię, że ich sytuacja jest łatwa, ale sami wybrali taką drogę - zamiast negocjować z właścicielami, postawili na odwoływania.

Źle robili?

- To nie moja sprawa, mówię o konsekwencjach, musieli wiedzieć, że wszystko się kiedyś kończy. Zostały trudne sprawy, które poprzedzały postępowania spadkowe, poszukiwania współwłaścicieli, po których ślad urywa się w latach 40., boje sądowe wszystkich ze wszystkimi.

Proste sprawy to były jakie?

- Np. ulica Wilcza, działka w przedwojennych granicach pokrywa się idealnie z kamienicą bez sprzedanych lokali. Jeden właściciel, który w latach 40. napisał, że chce tam utrzymać funkcję mieszkaniową. Ale dostał odmowę z uzasadnieniem, że "w projektowanym planie nieruchomość jest przewidziana pod społeczną gospodarkę mieszkaniową".

Czyli?

- Bliżej nie wiadomo. Nas interesuje tylko prawo, które nie uznaje czegoś takiego jak "projektowany plan". Stwierdzamy więc rażące naruszenie przepisów, odmowę unieważniamy i czyściutką sprawę wysyłamy ratuszowi. Tam badają, jak jest dziś według planów zagospodarowania, o ile istnieją, np. na placu Defilad taki plan jest, kolejny zresztą.

Każdy z prezydentów Warszawy chciał dodać tam element autorski.

- Rzeczywiście plany rotują, jedni mają Muzeum Sztuki Nowoczesnej i niższą zabudową, inni pomysł na kordon wieżowców. Obecny wygląd okolic Pałacu Kultury chyba przeczy deklaracjom, że władzy zależy na przywróceniu cywilizacji w tym miejscu. Wydaje mi się, że gdyby zależało, to całe siły i środki angażujemy w wyczyszczenie spraw gruntów. Zgoda?

Z mojej strony owszem, co do urzędników pewności nie mam.

- I tu ich nie rozumiem. Racjonalnie - pozbycie się tych cholernych roszczeń, które same nie znikną, byłoby nowym otwarciem centrum. O ile załatwienie problemu dekretu w skali miasta jest finansowo niemożliwe, o tyle na plac Defilad naprawdę miasto stać.

A jednak ekipy polityczne się zmieniają, a widok pl. Defilad pozostał ten sam co w 1989 r.

- A do czego się spieszyć? Chyba lepiej mieć dekretową ziemię. Można nią gospodarować, sprzedawać.

Taka swoboda skończyła się wraz z latami 90.

- Głośną historią były Złote Tarasy. Własność gruntu pod inwestycję miasto wprowadziło do spółki zawiązanej z deweloperem...

...i urzędnicy, którzy pominęli roszczenia, do dziś tłumaczą się w sądach.

- I właśnie przez pamięć o Tarasach teraz chyba boją się pozbywać samej własności. Wydaje mi się, że wolą sprzedać na przetargach użytkowanie wieczyste gruntu.

Ale jeśli są roszczenia, to podejmują decyzje wobec nie swojego mienia, to bardzo źle wygląda także politycznie.

- Obrót gruntami z roszczeniami jest ryzykowny, ale miasto ma do tego prawo.

Na prawo własności powoływała się prezydent Warszawy, mówiąc, że budowa Muzeum Sztuki Nowoczesnej może się zacząć mimo roszczeń do działek pod gmachem.

- Mogą budować, ale nie wiem, czy to rozsądne. Sprawy dekretowe nie wygasną. Nie oszukujmy się, na końcu trzeba będzie płacić odszkodowania.

Jak można budować po 23 latach wolnego państwa, gdy roszczenia są uznane za słuszne, a zwrot jest na finale?

- Nieprawdopodobne? Jednak można. Sejm nie cofnął ustawą reprywatyzacyjną skutków dekretu, więc od 1945 r. grunty w Warszawie należą do miasta lub skarbu państwa. Roszczenia dotyczą użytkowania. To słabsze prawo wobec własności. Ma ją miasto. I może robić, co chce.

Skoro tak, to nie ma problemu dekretu - samorząd może obracać działkami, może sprzedawać mieszkania w przedwojennych kamienicach. Jednak ostatnio miasto się do tego nie garnie.

- Wydaje mi się, że ratusz może się bać, że ogłosi przetarg, a ktoś pojawi się z roszczeniami. Bo wie, że jeśli jest problem, to ujawni się z czasem. Ostrożni są inwestorzy. W Warszawie to standard, że nim firma stanie do przetargu, wysyła umyślnych do ksiąg wieczystych, by zobaczyli, cóż tam się kluje.

Co można przeczytać w hipotece?

- Taki np. zapis: "do 1945 r. współwłasność Kowalskiego wespół z Rozenblutem". Może być zastrzeżenie, że toczy się postępowanie o stwierdzenie nieważności decyzji odmawiającej praw do gruntu. To znaczy, że inni mają roszczenie o użytkowanie wieczyste, czyli prawo, które nasz biznesmen chce kupić.

Przejmuje się tym? Przecież właścicielem jest miasto, z dekretu.

- Idzie do miasta i mówi: "Jak to, nic nie powiedzieliście"? A miasto może rzec: "Panie, to daleka sprawa, tu wszystkie grunty są takie".

Z taką rękojmią staje do przetargu?

- Nie, zapewne spyta prawników: "Panowie, kupować, nie kupować"? Słyszy: "Nie wiadomo, jak to się rozwinie, trzeba będzie się dogadywać z tymi sprzed wojny, bo kiedyś będą mieli wniosek, będą się odwoływali, podważali warunki zabudowy, skarżyli pozwolenie na budowę". Inwestor słucha, w końcu mówi: "Chyba lepiej w Sochaczewie pobuduję".

W ocenie ratusza jest coraz trudniej także w sądach. Jak twierdzą urzędnicy, wymiar sprawiedliwości coraz częściej opowiada się po stronie właścicieli.

- Fundamenty orzekania w sprawach dekretowych się nie zmieniły, ale od 2008 r. i stosownej uchwały NSA, gdzie sąd stwierdził, że przeznaczenie przedwojennej działki do celów publicznych nie może być samodzielną przeszkodą do wstrzymania zwrotu.

To wtedy dostępne dla dawnych właścicieli stały się m.in.: publiczne parki, skwery, boiska szkolne, budynki oświatowe.

- Jeśli ktoś chce mieć park, to może go mieć. Więc proszę bardzo, masz zgodę. Ale nie mówimy, że dostaniesz zwrot i zbudujesz willę w parku. Wkraczają tu inne przepisy. Pan Tadeusz Koss, użytkownik wieczysty działki parkowej, coś może? Figę z makiem.

Pana to cieszy?

- Skąd. Żałuję pana Kossa i wielu innych. Uważam, że walcząc o zwrot za wszelką cenę, popełniają błąd. Lepsze jest odszkodowanie, czyli droga przez sąd. Powinni także wziąć pod uwagę umiarkowaną wolę zwrotów ze strony ratusza.

Tak pan sądzi?

- A czy ktoś zabraniał urzędnikom negocjacji, zamiast wikłania się w kolejne odwołania od decyzji na korzyść dawnych właścicieli? Kilka lat temu sugerowały to nawet wyroki sądów administracyjnych. Sędziowie mieli zamysł: "Dobrze, jemu się tego nie odda, bo stoi blok na działce, lokatorzy mają użytkowanie wieczyste gruntu, czyli na bezpośredni zwrot nie ma szans". Więc może w zamian działkę poza granicami dekretu? Człowiek wycofa roszczenie i sprawy nie ma.

Urzędnicy zrozumieli aluzję?

- Umiarkowanie. Miasto chyba nadal stawia na wydłużenie postępowań.

Dlaczego nie ma akurat tej ustawy? Państwo pokazało, że jest skłonne do naprawiania krzywd, np. w sprawie zabużan czy majątków kościelnych.

- To, że trzy podstawowe ustawy dotyczące powojennej własności - reforma rolna, nacjonalizacja przemysłu i dekret - nadal istnieją, uważam za skandal. Teraz na zmiany nie ma szans, wchodzimy w kryzys budżetowy.

Zawsze jest usprawiedliwienie.

- Moi wybitni prawnicy, odkąd pracują w Kolegium, zawsze mieli dekret. Mieli i zapewnienia, że zaraz będzie ustawa. Ale mamy wciąż dekret!

Tak już zostanie?

- Zostanie do chwili, gdy wyczerpie się z powodów naturalnych.

To jeszcze długo, bo z 17 tys. wniosków od 1995 r. załatwiono 2,5 tys.

- Kiedyś się wyczerpie, wszystko się wyczerpuje.

Kiedyś to będzie koniec świata.

- Bo się słońce wypali.

Ciekawe, czy razem z dekretem?

- Tego nie wiem. Jedyna szansa dla reprywatyzacji minęła w 1999 r. wraz z wetem prezydenta Kwaśniewskiego wobec bardzo umiarkowanej dla budżetu ustawy autorstwa rządu AWS. To był kolosalny błąd tego polityka.

Platforma w 2008 r. też reprywatyzację obiecywała, dla Warszawy był projekt, któremu patronowała Hanna Gronkiewicz-Waltz.

- To był moment. Dziś płynie taki przekaz od polityków: "Na reprywatyzację nie ma klimatu".

A kiedy jest klimat?

- Gdy bardzo ważny polityk rzuca, że ma pomysł. Wtedy mniej ważni politycy niosą temat i zaczyna się dziać.

A na ludzi wyrzucanych do piwnic przez prywatnych właścicieli, którzy często weszli w posiadanie majątku, skupując roszczenia? Na to też nie ma klimatu?

- Tu nie ma wygranych, są same krzywdy. Co ma powiedzieć właściciel, który odzyskał kamienicę, z 20 lokali zostały dwa niesprzedane, ale są tam ludzie wprowadzeni przez gminę? On chce mieć wolne lokale, by zarabiały na utrzymanie budynku.

Ma więc prawo wyrzucać ich do piwnicy albo odcinać wodę?

- To metody przestępcze, dla prokuratury.

A gdyby była ustawa to

O Jezu! Jak to by miastu pomogło, jaki to byłby kop rozwojowy, jakie rozbicie problemów. Proszę zobaczyć, jak zniszczone są niektóre kamienice w Śródmieściu, na Pradze. Nie można ich tknąć do końca postępowania. Jaki ciężar zostałby zdjęty z urzędników zaangażowanych w sprawę gruntów warszawskich.

Urzędników instytucji, które często się nawzajem zaskakują.

- Owszem, jest twórczy chaos, bo część dekretu robi prezydent stolicy, do stwierdzenia nieważności decyzji z lat 40. i 50. jest Kolegium i ministerstwo. Jest wojewódzki sąd administracyjny i NSA. Są sądy cywilne. Są odwołania i czasami Sąd Najwyższy. Słowem, robią w tym wszystkie możliwe organy w Rzeczypospolitej.

**********************************

Samorządowe kolegium odwoławcze

Powołane do rozpatrywania odwołań i zażaleń od decyzji czy postanowień organów samorządowych pierwszego stopnia, czyli wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. W Kolegium przeprowadza się także postępowania administracyjne o stwierdzanie nieważności dawnych decyzji dekretowych wydawanych przez Prezydium Rady Narodowej miasta - organ administracji rządowej, który zastąpił zlikwidowany samorząd. Kolegium prowadzi postępowania jedynie wobec gruntów skomunalizowanych (dla gruntów skarbu państwa właściwym jest minister

zródło: GW Iwona Szpala

Etykietowanie