Warszawskie przekleństwo Bieruta

Warszawskie przekleństwo Bieruta


By spoleczni - Posted on 09 luty 2015

autor; Jerzy S. Majewski GW
Jednym pociągnięciem pióra nowa władza odebrała warszawiakom prywatną własność gruntów, a dekret Bieruta z 26 października 1945 r. do dziś odbija się czkawką, powodując m.in. niekończące się problemy w stołecznym budownictwie.
Dekret o własności i użytkowaniu gruntów na obszarze m.st. Warszawy" nie przyjechał na radzieckich czołgach, lecz narodził się w środowisku przedwojennych architektów i urbanistów, a pisali go prawnicy, którzy dobrze wiedzieli, czym jest prawo własności. Stał się jednak jednym z kamieni milowych w procesie odbierania Polakom ich majątków przez komunistów.

Dekret niniejszy wchodzi w życie z dniem ogłoszenia - głosi artykuł 12 dokumentu nazywanego dekretem Bolesława Bieruta, wówczas prezydenta zdominowanej przez komunistów Krajowej Rady Narodowej będącej namiastką parlamentu i człowieka, który do swej śmierci w marcu 1956 r. grał pierwsze skrzypce w powojennej Polsce. Cały tekst mieścił się na stronie maszynopisu, a zdanie kluczowe brzmiało: Wszelkie grunty na obszarze m.st. Warszawy przechodzą z dniem wejścia w życie niniejszego dekretu na własność gminy m.st. Warszawy . Dekret został opublikowany w Dzienniku Ustaw z datą 21 listopada 1945 r.

"Gnieździliśmy się w kamienicy przy Stalowej na Pradze z kilkoma innymi rodzinami. Pamiętam, jak jeden z sąsiadów mówił do mamy, że już stracił wszystko. Przed wojną oszczędności zainwestował w kamienicę na Powiślu. Została zburzona. Liczył, że jak znajdzie wspólników, to ją odbuduje. Teraz tę nadzieję stracił" - opowiadała mi jedna z czytelniczek.

Zalety dekretu?

Ale komunalizacja gruntów prywatnych w stolicy budziła także inne reakcje i do dziś nie brak obrońców dekretu Bieruta przekonujących, że bez odebrania gruntu właścicielom miasto nie zostałoby szybko odbudowane. Trudno nie zgodzić się z tą argumentacją w przypadku straszliwie zdewastowanych centralnych części miasta - bez komunalizacji ciężko byłoby w ogóle myśleć na przykład o odbudowie Muranowa, gdzie po zdławieniu powstania w getcie Niemcy zrównali dzielnicę z ziemią, a większość żydowskich właścicieli wymordowali. - Dekret był niezbędny do odbudowy miasta - uważa Jan Stachura, właściciel kancelarii prawnej zajmującej się zwrotem nieruchomości w Warszawie. - W 1945 r. istniała pełna świadomość własności prywatnej, ale też świetnie zdawano sobie sprawę z tego, że wywłaszczanie posesji za pomocą tradycyjnych metod trwałoby latami.

Kołchozy mieszkaniowe. W powojennych ruinach

Spór o Kolonię Staszica

Trudno jednak uzasadnić odbieranie własności gruntu na ocalałej z pożogi prawobrzeżnej Pradze czy w mniej zniszczonych dzielnicach powstałych w latach międzywojennych, takich jak Żoliborz czy Ochota. Te rejony miasta nie wymagały przekształceń urbanistycznych, a stojące tu budynki stosunkowo łatwo można było odbudować. Wracający warszawiacy szybko zaczynali remonty. - Nasz dom na Żoliborzu przy Fortecznej zaraz po wojnie został rozszabrowany, a złodzieje wyrwali nawet podłogi. Mój ojciec wrócił jednak do budynku i wyremontował go do spółki z przyjacielem poznanym w Auschwitz - opowiada Piotr Rodowicz.

W 1945 r. w podobny sposób postępowały tysiące warszawiaków. Mieszkańcy Kolonii Staszica na Ochocie, składającej się z szeregowców, willi i niewysokich budynków wielorodzinnych, zastali domy spalone, ale nadające się do odbudowy. Remontowali je nielegalnie, bo nie godzili się na to urbaniści z Biura Odbudowy Stolicy, którzy w miejscu Kolonii Staszica, jednym z najbardziej udanych przedsięwzięć architektonicznych Warszawy lat 20., chcieli urządzić tereny zielone. Dopiero w początku października 1945 r. BOS zgodziło się, by te "burżuazyjne wille i szeregowce" tymczasowo odbudować, z zastrzeżeniem że w przyszłości zostaną zburzone.

Incydent ten ukazuje absurdalność wielu pomysłów urbanistów BOS zmierzających do totalnego przekształcenia odbudowywanego miasta. Zamiana w park łatwych do wyremontowania kwartałów domów z przemyślaną siecią uliczek, placyków oraz chętnymi do odbudowy właścicielami stanowiła utopię możliwą tylko przy całkowitej komunalizacji gruntów.

Kto napisał ten dekret?

Po ogłoszeniu dekretu przed urbanistami otwierały się wielkie możliwości nowego kształtowania miasta wbrew jego skali i tradycji. Mogli poczuć się demiurgami podobnie jak posłuszny we wszystkim Moskwie Bolesław Bierut, który z czasem zaczął kreować się na wielkiego znawcę Warszawy czuwającego nad jej odbudową i przebudową.

To nie jest nasza Warszawa. To nowe, inne, obce miasto. O ile odbudowane Krakowskie Przedmieście, Nowy Świat czy Starówka przypominają w dużym stopniu, a nieraz są wprost identyczne z Warszawą przedwojenną, to nowe oblicze ulicy Marszałkowskiej (...) ma na sobie niezatarte piętno architektury radzieckiej - pisał w 1954 r. Andrzej Jabłoński w "Kalejdoskopie warszawskim". Ulice wytyczano na nowo i zabudowywano je gmachami w stylu socrealistycznym, a własność prywatna ograniczała się do niewielkiej liczby zakładów rzemieślniczych i warsztatów.

60 lat warszawskiej Starówki. Dlaczego Bierut zgodził się na odbudowę?

Zdaniem historyka Tomasza Markiewicza to właśnie w środowisku przedwojennych lewicujących urbanistów i architektów zrodziły się pierwsze pomysły na komunalizację gruntów w stolicy. Kluczową postacią okazał się Roman Piotrowski, który wiosną 1945 r. stanął na czele Biura Odbudowy Stolicy. - Architekci ci - uważa Markiewicz - doskonale pamiętali problemy, jakie w drugiej połowie lat 30. przyniosło przebijanie przez Muranów ulicy Bonifraterskiej. Nowa Bonifraterska skróciła drogę ze Śródmieścia na Żoliborz, ale jej przeprowadzenie wymagało wyburzenia szeregu budynków oraz naturalnie pertraktacji z właścicielami kamienic i ich wywłaszczeń. Niektóre kamienice należały do kilku lub kilkunastu właścicieli, chodziło o zaledwie kilkanaście budynków, a i tak całą tę operację uznano przed wojną za wielki sukces. Znacznie śmielsze plany przebicia przez gęsto zabudowane tereny trasy Północ - Południe biegnącej po linii dzisiejszej alei Jana Pawła II przed wojną wymagałyby zapewne kilkunastu lat uzgodnień. Ślady takiego myślenia odnajdujemy w artykule "Życia Warszawy" z 26 października 1945 r., czyli z dnia uchwalenia dekretu.

Byłaby niewyobrażalnym błędem odbudowa miasta na dawnej sieci ulicznej, na dawnej siatce przedwojennych gruntów. Zburzenie Warszawy przez wroga daje pole do nieskrępowanej rekonstrukcji miasta, stworzenia zdrowego organizmu miejskiego. Nie można jednak osiągnąć tego bez gruntownej zmiany podziału bloków ulicznych i placów. Bez zmiany przeznaczenia terenów, rozluźnienia lub usunięcia na zawsze zabudowy na przestrzeniach gęsto zabudowanych. (...) Trzeba wprowadzić wolne, zielone przestrzenie. Przebić szerokie arterie komunikacyjne. (...) Czy udałoby się przeprowadzić te zamierzenia bez przejęcia wszystkich terenów w ręce gminy? Brak wielu hipotek. Nieobecność właścicieli i ich spadkobierców (...) nie pozwoliłaby przez długie lata na przystąpienie do prac nad rekonstrukcją. Trzeba by przeprowadzić setki tysięcy dochodzeń, pertraktacji, postępowań wywłaszczeniowych i procesów sądowych. Trzeba by lat i olbrzymiego aparatu administracyjnego, by w tych warunkach sprawy własności uregulować. A zwlekać nie można .

Artykuł nie został podpisany, ale bez wątpienia powstał w środowisku urbanistów Biura Odbudowy Stolicy i naturalnie został zaakceptowany przez władzę. Jego założenia zrodziły się w BOS, a ostateczny kształt to zapewne rezultat dyskusji na forum Krajowej Rady Narodowej, której posłem był Roman Piotrowski.

Stolica w stolicy

W styczniu 1945 r. wielu zastanawiało się, czy do Warszawy w ogóle warto wracać, pojawiały się domysły, że stolica zostanie przeniesiona do Łodzi, czemu jednak zaprzeczył Bierut. Wkrótce po odzyskaniu Warszawy władze państwowe będą chciały się przenieść do stolicy. Bez względu na to, w jakim stanie znajdziemy miasto. Choćby dlatego, żeby przyspieszyć odbudowę Warszawy - zapowiadał w wywiadzie dla "Życia Warszawy" opublikowanym 7 stycznia 1945 r., dziesięć dni przed oddaniem przez Niemców ruin stolicy. Słowa te dowodzą, że decyzja o odbudowie zapadła wcześniej. Historyk prof. Jerzy Kochanowski przypuszcza, że to Stalin przekonał Bieruta do konieczności odbudowy miasta i utrzymania jego stołeczności. Warszawa była wszak symbolem państwa polskiego.

W tym samym wywiadzie Bierut odniósł się też do kwestii odbudowy. Nie umiem powiedzieć o szczegółach. Zna je prezydent Warszawy Marian Spychalski, ale plan był opracowany jeszcze przed tragedią Warszawy. (...) W zasadzie reorganizuje on strukturę miasta. Będzie ono podzielone na szereg dzielnic: reprezentacyjną, handlową, przemysłową, naukową itp.

Przedstawiamy najciekawsze niezrealizowane wizje socrealizmu. Wszędzie Pałace Kultury. Tak miała wyglądać Warszawa

23 stycznia z polecenia Spychalskiego z Podkowy Leśnej do Warszawy ściągnięci zostali architekci i konserwatorzy Jan Zachwatowicz i Piotr Biegański, którzy podczas okupacji inwentaryzowali stołeczne zabytki. Spychalski zaproponował im zorganizowanie Biura Odbudowy Stolicy i przydzielił auto, którym po wyjściu z jego gabinetu pojechali na rekonesans. Gdy na Starym Mieście wdrapałem się na wzgórza z ruin, sprawa jego wskrzeszenia wydała mi się beznadziejna. Ale pamiętam, że stojąc zdruzgotany na tych ruinach, powiedziałem sobie: "A my to jednak odbudujemy!" - wspominał Zachwatowicz.

Podobnie myślały tysiące ludzi wracających do stolicy. Do odbudowy przystąpili z entuzjazmem, ale jak zauważał Markiewicz, pewnie niewielu przychodziło do głowy, że ich miasto stanie się pierwszym polem eksperymentu społecznego, gospodarczego i architektonicznego, wzorowanego na rozwiązaniach sowieckich . Zwłaszcza że komuniści nie od razu zdradzali swoje intencje.

Zachwatowicz znakomicie nadawał się do kierowania odbudową zabytków, ale był związany z Państwem Podziemnym i chciał ratować dziedzictwo kulturalne stolicy, więc już w lutym na stanowisku szefa BOS zastąpił go Roman Piotrowski, architekt projektujący m.in. znakomite budynki mieszkalne dla ZUS-u i związany z awangardowa grupą Praesens, który zapisał się do Polskiej Partii Robotniczej. Zdaniem Markiewicza z punktu widzenia władzy ta nominacja była racjonalna, a Piotrowski gwarantował przebudowę miasta zgodną z wizją komunistów.

W lutym 1945 r. prezydent Spychalski zapowiadał rozluźnienie zabudowy, a także powołanie państwowych firm budowlanych mających wyeliminować prywatne. Przez pierwsze lata odbudowy zamiar ten się nie powiódł, ale doskonale ilustrował niechęć władzy do inicjatywy prywatnej.

Z kolei Stanisław Tołwiński, poseł do KRN mianowany 5 marca 1945 r. nowym prezydentem miasta, zapowiedział planową odbudowę Warszawy, podczas której to państwo będzie decydować o prawidłowym rozmieszczeniu ludności pracującej, co będzie wymagało ograniczenia własności prywatnej, a administracja domów mieszkalnych ma być przejęta pod kontrolę społeczną - pisze Markiewicz.

Przywołuje on też akt prawny, który na długo stał się udręką właścicieli mieszkań: dekret z 21 grudnia 1945 r. o publicznej gospodarce lokalami i kontroli najmu wprowadzający przymusowy kwaterunek. To wtedy wiele mieszkań w kamienicach zamieniło się w wielorodzinne "kołchozy" ze wspólnym korytarzem, łazienką i kuchnią.

Powrót do życia

Liczba powracających zaskoczyła władze. Już jesienią 1945 r. w Warszawie mieszkało ok. 400 tys. ludzi, z czego dwie trzecie w zniszczonej lewobrzeżnej części. "Zamieszkaliśmy całą rodziną w ruinie oficyny. Gnieździliśmy się w ocalałej kuchni i służbówce, z której przetrwały tylko trzy ściany. Czwarta runęła. Zastąpiły ją deski. Za nimi pod stopami rozpościerała się czeluść" - opowiadała Barbara Wereszczyńska, która wróciła do mieszkania w Śródmieściu przy ul. Pięknej 44.

Już od stycznia w lewobrzeżnej Warszawie powstawały sklepy i targowiska. Na Marszałkowskiej otwarto pierwszą kawiarnię, a handel wracał na partery, do byle jak skleconych bud i bram. Firmy handlowe i usługowe rosły jak grzyby po deszczu, osiągając do końca 1947 r. imponującą liczbę ponad 14 tys.

Zniszczenie miasta oceniono na ponad 75 proc. wszystkich budynków. Bardzo wolno odtwarzano infrastrukturę, długo brakowało energii elektrycznej, wody i gazu.

Na początku października 1945 r. na Filtrowej i Nowowiejskiej pojawił się tramwaj kursujący od placu Narutowicza na Ochocie do placu Zbawiciela w Śródmieściu. Wkrótce potem Warszawa miała 18 km czynnych torów tramwajowych (258 km w 1939 r.) oraz pięć linii tramwajowych (przy 39 przedwojennych). Komunikacja oparta była na ciężarówkach i przede wszystkim wyściełanych słomą furmankach.

40 lat Trasy Łazienkowskiej. "Bez niej byśmy się udusili"

Ile komuna zabrała warszawiakom

Dekret Bieruta dotyczył jedynie gruntów, znajdujące się na nich budynki miały pozostać w rękach dotychczasowych właścicieli, którzy, jak pisało "Życie Warszawy", będą korzystać ze swoich gruntów nadal jak poprzednio jako dzierżawcy czy użytkownicy . Taki zapis przypominał rozwiązania zachodnie, tyle że w komunizowanej Polsce szybko stał się tylko teorią. Władza nie zamierzała przestrzegać ustalanego przez siebie prawa, wielu właścicielom odbierała kamienice i automatycznie poddawała obowiązkowi kwaterunku, co działo się zwłaszcza w centrum miasta. Na peryferiach ograniczano się głównie do przejęcia ziemi.

Cytowany wyżej mecenas Jan Stachura, obrońca dekretu, twierdzi, że sam w sobie nie był zły, ale fatalny okazał się sposób jego wykonania. Przywołuje też art. 7 mówiący, że użytkownicy gruntów mogą wnioskować o przyznanie na tym gruncie prawa wieczystej dzierżawy. Nie wszyscy to robili, bo tym, którzy wniosku nie zgłosili, przysługiwało odszkodowanie w cenionych obligacjach miejskich. "Mój dziadek, notariusz, nie złożył wniosku. Zamiast posesji ze zburzonym domem wolał obligacje" - mówił Stachura. Zwraca uwagę, że posesje miały być przejmowane, lecz stopniowo, jak zapisano w dekrecie, w miarę potrzeb planistycznych. - W przypadku Żoliborza czy Saskiej Kępy takich potrzeb nie było.

Dekret od razu spotkał się z krytyką, której ślady znajdujemy w ówczesnej prasie opozycyjnego PSL czy związanej z organizacjami prywatnego handlu i przemysłu. "Wiadomości Gospodarcze", wtedy organ Izby Przemysłowo-Handlowej, przekonywały, że odbudowa nie wymaga wywłaszczenia wszystkich 40 tys. parceli budowlanych na obszarze miasta. Peeselowska "Gazeta Ludowa" pisała, że warszawiacy, tak strasznie doświadczeni w czasie wojny, wygnani ze swych domostw i zwykle pozbawieni całego dobytku, teraz mają zostać obdarci z ostatniej własności, jaka im została.

Te głosy protestu były wyrazem niemałej odwagi, ale nie mogły naturalnie powstrzymać planu stopniowego ubezwłasnowolniania społeczeństwa. Markiewicz przekonuje też, że dekret przyczynił się do spowolnienia odbudowy dokonywanej przez inicjatywę prywatną, kiedy jeszcze duże państwowe firmy budowlane były w powijakach. Żeby zmienić taki stan rzeczy, wydano kolejne dekrety zmuszające właścicieli do renowacji zniszczonych domów, a gdy właściciel zwlekał, robiło to na jego koszt miasto. I do czasu spłacenia należności taki odbudowany dom stawał się własnością gminy.

Mocą dekretu zabrano warszawiakom 40 tys. nieruchomości, czyli 94 proc. miasta w przedwojennych granicach. Dekret de facto służył wywłaszczeniu właścicieli, a tym samym likwidacji warstwy mieszczańskiej - twierdzi Tomasz Markiewicz.

Skutki dekretu

Za sprawą dekretu Bieruta i braku ustawy reprywatyzacyjnej wciąż niezałatwione są setki roszczeń spadkobierców byłych właścicieli warszawskich posesji, na czym najlepiej wychodzą kancelarie adwokackie specjalizujące się w zwrocie nieruchomości. Roszczenia dotyczą często działek w miejscach, które po wojnie zupełnie się zmieniły, stały się np. fragmentami terenów zielonych albo po prostu pustymi miejscami. Najdrastyczniejszym przykładem jest otoczenie Pałacu Kultury i Nauki wzniesionego w miejscu gęstej przedwojennej zabudowy. Ciągnące się latami załatwianie roszczeń do działek na tym obszarze spowalnia zabudowę i sprawia, że Warszawa należy do nielicznych metropolii mających wciąż ogromną pustą przestrzeń w samym środku. Inny efekt dekretu jest taki, że należące do miasta, ale objęte roszczeniami budynki z reguły nie są remontowane i popadają w ruinę.

Wywłaszczanie

Nie tylko dekret Bieruta odbierał warszawiakom ich własność. Pozbawionych niemal wszystkiego wygnańców tak jak innych obywateli objął wydany 6 stycznia 1945 r. dekret o wycofaniu z obiegu banknotów emitowanych w Generalnym Gubernatorstwie. Władze wymieniały banknoty stare na nowe w stosunku 1:1, ale w przypadku osób prywatnych tylko do sumy 500 zł, a zakładów rzemieślniczych - do 2 tys. zł. Najtańsza zupa w barze ulicznym kosztowała 10 zł.

6 maja 1945 r. uchwalono ustawę o przejmowaniu przez państwo porzuconych i opuszczonych majątków dotykającą także wielu warszawiaków, którzy z różnych przyczyn nie powrócili do stolicy. Kilka miesięcy po dekrecie Bieruta uchwalona została ustawa o przejęciu na własność państwa podstawowych gałęzi gospodarki narodowej, zaś rozpętana niebawem "bitwa o handel" do końca 1950 r. dobiła prywatnych przedsiębiorców.

Korzystałem z artykułu Tomasza Markiewicza zamieszczonego w książce Aleksandra Hetki "Dekret warszawski. Wybrane aspekty systemowe", 2006

Nowy cykl "Wyborczej" o reprywatyzacji. Skąd wzięły się dzisiejsze problemy z przejmowaniem odebranych nieruchomości? Kto i jak przejmuje dawne dobra? Jak zrekompensować krzywdy tym, którym komuna odebrała własność? Czy należy zwracać utracone nieruchomości bez względu na to, co dziś na nich się znajduje? Czy obiecywana ustawa reprywatyzacyjna zostanie przyjęta? Zapraszamy do dyskusji i czekamy na listy pod adresem: listy@wyborcza.pl
Cały tekst:Gazeta Wyborcza

Etykietowanie